Uśmiechała się mówiąc to, ze zwyczaju, dla złagodzenia słów swych, które się jéj wydawały zbyt ostremi; lecz usta jéj drżały z żalu, a błękitne zmęczone oczy zachodziły łzami.

— Może zanadto męczą się nauką? — z cicha zauważył pan Marcelli.

Pani Aniela spojrzała na męża z za łez, ale ze szczególną powagą i ze szczególną téż posępnością wymówiła.

— Marcelli! ty wiesz, ty sam najlepiéj wiész, jak ciężkiém jest życie — bez nauki.

Spojrzał na nią, zdziwiony może powagą i niemą surowością jéj głosu, a dostrzegłszy na téj łagodnej twarzy, która dotąd same tylko dla niego miała uśmiechy, bolesne wzruszenie, w milczeniu już pocałował jéj rękę, wziął czapkę ze srebrną gwiazdką i wyszedł na miasto. Skierował się wprost ku hotelowi Wszech-Krajów i po chwili wchodził do oszklonéj izdebki szwajcara.

Otocki, podnosząc głowę z nad ksiąg rachunkowych, uprzejmie, lecz z pewnym odcieniem trwogi, powitał przybyłego:

— Gość z pana rzadki. Czy tam czasem, broń Boże, co z Lusią...

— Właściwie, — siadając na stołku zaczął pan Marcelli, — właściwie nic nowego, ale... ale chciałem zapytać pana, czyś pan nie zauważał we wnuczce swéj i w synie moim także czegoś... czegoś... czy ja wiem? Ja, panie, bardzo jestem zajęty, trochę zmęczony i rzadko bywam w domu. Nie wiem, co to jest i dla czego, ale jakoś oni nie są tak, jak być powinny. Niby chorzy... smutni czegoś ciągle i wyglądają tak, jakby nie dziećmi byli...

Umilkł. Otocki patrzał na niego wzrokiem pojętnym i bardzo smutnym.

— Nie powiedziałeś mi pan nic nowego, — zaczął po chwili, — syna pana znam niewiele; ale Lusia... złota dziewczynka moja, biedna!