— Nie wiele pewno.

— Może nie wystarczy?

— O, gdyby mu przynajmniéj na parę lat była pomoc jaka!

Tu roztworzyła się ściana skarbonki i na stole zabrzęczały wysypujące się nań monety.

O! jakże tego było tam wiele i zarazem jak mało! Złotówki srebrne, miedziane dziesiątki i czworaki, trochę zmiętych rublowych banknotów, okryło sobą część stołu i widokiem swym wprawio panią Anielę w pełne radości osłupienie.

— Dużo! bardzo dużo! — zawoła ze splecionemi dłońmi i wzrokiem wlepionym w dziedzictwo syna.

— Bardzo mało! — szepnął pan Marcelli i gorzki uśmiech przebiegł mu po wązkich wargach i wygolonych błyszczących policzkach.

Zaczęli liczyć powoli, uważnie, w milczeniu, raz tylko przerywaném głośnym okrzykiem pani Anieli, gdy wśród miedziaków błysnął różowy, wartość dziesięciu rubli przedstawiający, papierek. Żadna marząca wesoła dziewczyna nie powitała pierwszéj róży wiosennéj z tak rozkosznym uśmiechem, jakim był ten, który oblał twarz kobiety na widok téj zgniecionéj szmatki.

— Zkąd to? — zapytała i bystro spojrzała w twarz mężowi.

On odpowiedział: