— A wtedy... kiedy to, pamiętasz, otrzymałem gratyfikacyą i zostawiłem u siebie tę assygnatkę... na cygara...
— Cóż? a cóż było z cygarami?
— Nie paliłem ich wcale przez czas jakiś.
— A! — zawołała — i mówiłeś mi wtedy, że cię gardło boli!
Uśmiechnął się tak blado i sucho, jak uśmiechał się zwykle. Lecz ona patrzała na niego z uszczęśliwieniem niewymówném.
Koniec końców, oszczędności Ryżyńskich, przez lat dziesięć na rzecz syna czynione, wynosiły summę rubli około trzysta. Zebraną ona być mogła cudem prawie.
Na parę godzin przed odejściem na północ pociągu kolei żelaznéj, pan Marcelli, który po raz pierwszy, odkąd zostawał w służbie rządowéj, dnia tego do biura nie poszedł, zawołał syna do małéj sypialni i, oddając mu paczkę assygnat, mówić zaczął:
— Oto wszystko, mój Julku, co mogliśmy zrobić dla ciebie. Oddaliśmy cię do szkół i po groszu zebraliśmy sumkę, któréj połowę daję ci teraz, a połowę chowam u siebie na pierwsze zapotrzebowanie twoje. Jest to bardzo mało, ale w naszém położeniu.... wiesz....
Zatrzymał się, pomyślał trochę i mówił daléj:
— Posyłałem cię do szkół i posyłam teraz do uniwersytetu, dla tego, że sam doświadczyłem, jak źle jest żyć, nie mając możności dążenia do wyższéj karyery, do lepszego i łatwiejszego bytu. Ja téj możności nie miałem i dla tego jestem, czém byłem, i będę, czém jestem... a to ciężko. Jednak....