Otockiego oczy błysnęły, jak stal.

— Niepięknie — rzekł półgłosem — niepięknie jest i niedobrze w sposób ten do rodziców mówić!

Julek ściągnął brwi. Wyraz twarzy jego stał się srogim i ponurym, a postawa wyglądała pełną obrazy.

— Gdzie idzie o prawdę — wyrzekł niechętnie — tam niepowinno być względów żadnych.... Rodziców oświecać należy tak samo, jak innych ludzi....

Otocki był wzburzony.

— Tylko, że oświecanie to zapóźno już przybywa! — zawołał. — Niemłodzi są, zmęczeni, spracowani.... korzystać długo z lekcyi syna nie będą!...

Pan Marcelli wstał nagle i ruchem, niepospolicie u niego żywym, wyciągnął rękę ku Otwockiemu.

— Prawdę pan powiedziałeś! — rzekł — niedługo... bo i pocóż?

Spojrzał na żonę, któréj silne rumieńce zbladły jakoś w téj chwili, a zwiędłe usta drżały.

— No, no! — rzekł powoli — nie martw się tylko, Anielciu! On nie przez złe serce... tak sobie... młode piwko....