— Ależ przepraszam! — zawołał Julek, — zapomniałem, że tu z każdém słowem liczyć się trzeba... Przywykłem już do innego życia.... przepraszam! Rodzicom ubliżyć nie chciałem.... pocóż komukolwiek ubliżać?
Pani Aniela, płacząc, rzuciła się na szyję syna.
— Myśmy cię zawsze tak kochali!... ojciec tak myślał zawsze o twojéj przyszłości!.... Co my na świecie mamy, oprócz ciebie?
W objęciu matczyném zmiękł i złagodniał. Pocałował matkę w rękę i, jakby pragnąc zakończyć scenę, która go nudziła, mówić zaczął o czém inném. Z pewną przesadą zwrócił rozmowę ku najbłahszym i najpowszedniejszym przedmiotom. Opowiadał o śniegach, które zeszłéj zimy w obfitości wielkiéj spadły na stolicę, i o używanym tam sposobie jeżdżenia saniami.
Otocki pierwszy zerwał się od stołu, pochwycił czapkę z galonem i, czule uścisnąwszy wnuczkę, a wszystkich śpiesznie pożegnawszy, wybiegł.
Wkrótce potém pan Marcelli wysunął się do sypialni, a pani Aniela wyszła do miasta po bułki i mleko do herbaty; Julek i Lusia zostali sami. Stali chwilę u okna, u tego samego okna, przy którém siadywali przez długie lata dzieciństwa swego, przytłoczeni duszném powietrzem ciasnego mieszkania, znudzeni żółtemi jego ścianami, podobni do dwóch ptaków o nastrzępionych piórach, które przez szczeliny klatki swéj wyglądają na świat, dojrzéć go nie mogąc, i Bóg wié, jakie dziwy o nim sobie roją. Teraz, jakże zmienionymi byli oboje! On kipiał cały życiem, energią i zuchwałą śmiałością. Chwilami chmurny i ponury, wydawał się przecież uosobieniem młodzieńczéj nadziei i nieograniczonéj ufności w obietnice świata i siły. Ona, szczupła i drobna, w kształtach swych i ruchach miała słabowity wdzięk kwiatów, urodzonych pod chmurném niebem i już w chwili rozkwitu przywiędłych. Bladość, okrywająca drobne jéj rysy, zabarwioną była żółtym odcieniem, przy którym ostro odbijały lnianopłowe włosy, jednym grubym splotem owijające małą jéj głowę. Wśród bladości téj i pod tym jasnym warkoczem, ciemne jéj oczy płonęły przytłumionym blaskiem; uśmiechała się rzadko, a w zarysie bladawych warg jéj tkwił rozmarzony, nieledwie extatyczny wyraz. W ogóle znać w niéj było jednę z organizacyj tych, które, wytwarzane przez pewne właściwości czasu i miejsca, krew mają bladą, a jednak wrzącą pod smagającym ją biczem wyobraźni, muskuły zanikające pod niszczącym wpływem nerwów, drgających konwulsyjnie pod wpływem najlżejszego choćby wrażenia. Lekarz i psycholog na widok jéj zawołaliby zarówno: ratunku dla istoty téj ze zwichniętą równowagą władz ciała i ducha! dla harfy téj, któréj struny jedne śpiewają zbyt głośno, a inne śpią w niemém milczeniu!
Śmiało i badawczo patrzała w twarz towarzysza swego i ze szczupłemi ramiony, skrzyżowanemi u piersi, zwolna, zcicha mówić mu zaczęła, jak bardzo szczęśliwą czuje się tém, że tu przybył, że o mnóztwo rzeczy zapytać go nakoniec może i powierzyć mu tysiąc myśli, które przychodzą jéj do głowy, a o których mówić nie ma tu przed kim.
On usiadł, jak mógł, najwygodniéj, na twardém rodzicielskiém krzesełku, drugie umieścił w ten sposób, aby na niém w całéj długości nogi swe módz rozciągnąć, i w postawie téj, zaniedbania pełnéj, papierosa paląc, patrzał na nią przyjaźnie, lecz więcéj jeszcze ciekawie.
— Biednaś ty! — zaczął, gdy mówić przestała. — Istotnie to biéda siedzieć w tych ciasnych, żółtych ścianach, pomiędzy tymi ograniczonymi i wpółumarłymi ludźmi, kiedy świat szeroki tak piękny i bogaty, tak pełen ruchu, życia, przyjemności rozmaitych, ha! i myśli także, i usiłowań, aby te wszystkie piękności i przyjemności w jak największéj summie osiągnąć, i jak najszerzéj ich użyć....
Zarumienił się gorąco.