— Pamiętasz — ciągnął — nasze nocne czytania i dysputy, tam, w kuchni? Pamiętasz, jakeśmy sobie łamali głowy nad różnemi rzeczami? Ja aż zgrzytałem zębami, a ty aż płakałaś z żalu i z gniewu nad tém, że jesteśmy tacy osamotnieni, że nikt nam w labiryncie tym ręki nie podaje, i do prawdy, do wiedzy nie wiedzie? Otóż wiesz, po roku, przeżytym śród innego świata, innych ludzi, ja nie szukam już, nie walczę i nie skarżę się na samotność. Rok ten wydaje mi się wiekiem, który mię od przeszłości oddzielił. Znalazłem prawdę, ha! sto prawd, wspaniałych i pięknych jak marzenie; wiem wszystko, rozumiem wszystko, otrząsnąłem się z pleśni przesądów i głupich urojeń, znienawidziłem do reszty ten stary świat, pełny niesprawiedliwości i głupstwa... jestem człowiekiem nowym!....
W miarę, jak mówił, Lusia coraz głębiéj wlepiała wzrok w ożywioną twarz jego.
— Szczęśliwy! szczęśliwy! — zawołała z namiętném uniesieniem i, rozplótłszy ramiona, obie dłonie do czoła podniosła.
Julek ochłonął już i, zarzucając stopy aż na poręcz krzesła, a niby grzywą wstrząsając długiemi włosy, zapytał:
— A tyż? co z sobą uczynić zamierzasz? gdzie i jak żyć będziesz?
Lusia spochmurniała i z wolna opuściła się na krzesło.
— Albo ja wiem? — szepnęła — attestat skończenia nauk mam... jakich tam nauk! ty wiesz... Ale lekcye języków i innych tam rzeczy dawać mogę i pewnie będę.
Julek patrzał na nią z ironią i wstrząsnął głową z politowaniem.
— I cóż daléj — zapytał.
Wzruszyła ramionami.