— A cóż — nic...
— Nic daléj! Posiwiejesz, lekcye dając. To wesoło! Ale... jaka z tego korzyść wyniknie?
— Kawałek chleba dla dziadka i dla mnie — odpowiedziała chmurnie i ze spuszczonemi oczyma.
— Kawałek chleba, do którego nawet masła nie będzie. To wiele! No, a dla ogółu, to jest dla ludzkości, dla idei, dla postępu, co?
Lusia kurczowo splotła dłonie i zaledwie dosłyszalnie szepnęła:
— Nic.
On za to zaśmiał się głośno, rubasznie i pogardliwie:
— Otóż to, — zaczął po chwili — mieszczańskie szczęście wasze!... skończyć pensyą, włożyć długą suknię, chodzić od domu do domu, aby różnych bzdurstw nauczać dzieciaki, potém wyjść za mąż, za jakiego np. kancellistę, który codzień o jednéj godzinie chodzić będzie do biura, spać i jeść, a tobie każe przez całe życie gotować obiady i wieczorami łatać starą bieliznę... Szczytne marzenia i wielki doprawdy plan życia!...
Lusia rumieniła się i bladła z kolei.
Julek, po chwili szyderczego patrzania w spłonioną jéj twarz, mówił daléj: