— Lusiu! — wymówił Julek i urwał znowu.

Nigdy jeszcze w ten sposób nie wymówił jéj imienia nigdy nie słyszała, aby głos jego był tak przytłumionym i miękkim.

— Lusiu! — powtórzył i, choć stał tuż obok niéj, zbliżył się bardziéj jeszcze.

— Co, Julku? — zapytała z pieszczotą w głosie.

Postawa jego, butna zazwyczaj i zuchwała prawie, stała się nieśmiałą i niezręczną; wahanie się, niemal lękliwość brzmiała mu w głosie, gdy, wziąwszy ją za rękę i głęboko patrząc jéj w oczy, zaczął znowu:

— Lusiu! wiesz? ty jesteś nietylko energiczną i rozumną dziewczyną, ale téż — bardzo ładną! Pragnąłbym porwać cię... unieść gdzieś daleko i być z tobą w jakiéjś samotności odludnéj... w jakiéjś ciszy niezmąconéj...

Przerwała mu nagłem wysunięciem ręki z jego dłoni i wykrzykiem:

— Nie, Julku! nie! nie!

— Co nie? co nie? — pytał z cicha i namiętnie, usiłując ramieniem kibić jéj otoczyć. Lecz ona cofnęła się w tył, gibka i sprężysta, a stając o parę kroków i, nie podnosząc na niego oczu, szepnęła jeszcze:

— Nie, nie, nie, Julku!