Widać było, że ona, tak śmiała tam... pośród wzgardliwych uśmiechów i niechętnych spojrzeń walczyła teraz z nieśmiałością i zawstydzeniem dziewiczém. On także stał nieruchomy, nieśmiały i tylko z pod brwi, ukradkiém, pożerał ją spojrzeniem.

Wzmogła się nakoniec w odwagę i stanowczość, a prostując drobną swą kibić, z pałającém licem, mówić zaczęła:

— Nie, Julku! ja nie chcę, żebyś ty się kochał we mnie i o tém mi mówił. My, realiści, powinniśmy rzeczy po imieniu nazywać! My, ludzie trzeźwi, powinniśmy jasno patrzeć na uczucia nasze. Otóż — choć mi to przykro... mówię otwarcie, że zrozumiałam, co czułeś w téj chwili... i nie chcę, nie chcę, nie chcę... aby ludzie, którzy nas posądzają i spotwarzają, mieli słuszność, abyśmy sami nie byli pewni, że zdobywamy swobodę i walczymy z przesądami — nie dla siebie!

Entuzyazm jéj, podbudzany kto wie jakiemi tłumionemi porywami, wzbił się teraz do szczytu swego. Wyciągając ku niemu ręce, jak do modlitwy splecione, zawołała:

— Julku! przyrzecz mi, że nigdy nie będziesz do mnie mówił i nie będziesz na mnie patrzał, tak... jak przed chwilą. Ja nigdy nie zapomnę o tobie, ja nie wiem... czy będę mogła bez ciebie żyć... ja cię kocham... ale... jak siostra!...

Ostatnie słowa wymówiła z wybuchem i po kilka razy, jakby niemi samę siebie, głosy jakieś wewnętrzne zagłuszyć pragnęła; a porywając go za rękę, z oczyma palącemi się w łzach, mówiła śpiesznie, choć już z cicha:

— Julku! weźmy z sobą ślub... ślub braterski! przysięgnijmy sobie tu... zaraz... że wiecznie... będziemy dla siebie bratem i siostrą w idei!...

Uklękła i pociągnęła go, aby uczynił to samo. Zresztą, nie potrzebowała-by go nawet pociągać. Porwany jéj zapałem, zawstydzony jéj słowami, namiętnie ściskając jéj rękę, przez zaciśnięte zęby mówił:

— Tak! masz słuszność! masz słuszność! Jesteś rozumniéjsza odemnie, więcéj oddana wielkim sprawom świata... jesteś wielka! jesteś prześliczna!

Z połączonemi dłońmi i natchnionemi twarzami, wzniesionemi ku pozłoconym błękitom nieba, w powodzi różowych świateł, na szczycie zielonego wzgórza klęcząc, drżącemi nieco głosy, lecz wyraźnie i zwolna, mówili, a raczéj ona mówiła, a on za nią powtarzał: