„Wobec natury niepokalanéj niesprawiedliwością, ani nędzą żadną... wobec złotych obłoków tych, na których takby dobrze nam było płynąć razem w odludną samotność i niezmąconą ciszę jakąś... w imię świętéj, wielkiéj prawdy, którą bronić mamy od gnębiących ją przesądów... my, dzieci świata, ludzie nowi, przysięgamy, że przez całe życie nasze... do śmierci... na wieki, będziemy dla siebie bratem i siostrą — w idei!”

Gdy powstali, ona podała mu do pocałunku czoło swe, jak zorza różowe, a on przylgnął doń ustami, dłużéj, goręcéj, niż na to pozwalał świeżo zawarty pomiędzy nimi związek braterstwa w idei.

Zstępowali ze wzgórza, trzymając się, jak dzieci, za ręce. Ona patrzała na niego wzrokiem, pełnym niewysłowionéj czułości; on wrzał wewnętrznie, lecz powściągał się, zwyciężał, i tylko, nie wiedzieć dla czego, teraz właśnie opowiadać jéj zaczął o spotykanych w stolicy parach szczęśliwych, które, wzgardziwszy wszelkiemi przesądami gminu, kochają się, i żyją razem, bez żadnych pozwoleń ani uświęceń ludzkich. Teraz, po raz pierwszy, odsłaniać począł przed nią jeszcze ideę, o któréj mówić nie przyszło im dotąd na myśl. Była nią: wolna miłość.

Zastukali do jakiéjś chaty zamiejskiéj, w bzowych i głogowych krzakach ukrytéj, prosząc o trochę mleka. Siedzieli na trawie, bawiąc się zerwanemi z krzaku, a w szkarłatne jagody zdobnemi gałęźmi, patrzali na wschód bladego księżyca i — długo milczeli. Od chwili do chwili odrywali wzrok od stojącéj nad sosnami srebrnéj obręczy i patrzali na siebie. On zdawał się pić chciwie spojrzenia jéj i uśmiechy, które stawały się tak rzewne i senne, jak u znużonego i spoczynku pragnącego.

Wracając do miasta, Julek opowiadał towarzyszce swéj o kobietach możnych i pięknych, ba! o księżniczkach, które ginęły ze świata i z pomiędzy ludzi, tak, że nie wiedziano nic co się z niémi stało, a które potém odnajdowano w otchłaniach nędzy i cierpień, gdy boso i w siermięgach pracowały z poniżonymi braćmi, służyły im, otwierały oczy ich na prawdę... Wyrzekły się one dla idei wszystkiego — prócz miłości. Z niemi razem byli i poświęcali się ci, z którymi bez żadnych sankcyj świata połączyły się one, węzłem wolnéj i nie przymuszonéj miłości, na mocy tego wielkiego prawa natury, które zwie się: pokrewieństwem z wyboru.

— Śliczne życie! — szepnęła Lusia.

— A któż ci zabrania żyć tak samo — odpowiedział jéj surowo i niemal gniewnie.

I dodał:

— Nie dość jest chcieć i marzyć! Trzeba czynić i umieć spełnić marzenia własne.

Zamieniając słowa te, wstępowali na wschody żółtéj kamienicy.