Pyszny-bo téż byłby obraz rodzajowy, przedstawiający tę wielką szarą przestrzeń, objętą ramami ścian ceglasto różowych, nagich, jak nędza, brudnych jak łachman żebraka, chropowatych, jak oblicze zgrzybiałego starca. Nad ścianami, niby niebo ciężko chmurne, rozpościerał się sufit popielaty od pyłu, splamiony pośrodku olbrzymią rozetą, któa w myśli niefortunnego malarza przedstawiać miała wdzięczny snop wschodnich arabesek, a w któréj jedni mniemali rozpoznawać lecącego nietoperza, inni morskiego głowonoga, a inni jeszcze bajecznego smoka. Co do mnie, przechylałem się stanowczo na stronę głowonoga, a ile razy zdarzyło mi się spójrzéć w górę i spotkać się wzrokiem z wiszącém u sufitu, od pyłu galaretowato wyglądającém, cielskiem malowanego potwora, doświadczałem nieuchronnie takiego wrażenia, jak gdyby wyciągnąć on miał wnet liczne swe, długie, kręte macki, spuścić je w dół i, jak w olbrzymiéj bajce francuzkiego poety owijał niemi członki pracownika morza — owinąć i ścisnąć pochylone szyje pracowników biura.

Była téż tam pracowników tych atramentowego morza ilość niemała. Po kilku, po dwu, lub pojedyńczo, siedzieli oni przy gęsto rozstawionych żółtych stołach. Jeżeli spójrzeli na prawo, wzrok ich zatapiał się w widniejącéj przez drzwi szeroko roztwarto długiéj perspektywie sal szarych, monotonnych, podobniutkich do téj, w któréj przebywali sami; jeżeli obejrzeli się na lewo, mętne spójrzenia ich odbijały się o mętniejsze jeszcze szyby trzech wielkich okien, wychodzących na podwórko bez słońca i błękitu, obudowane wysokiemi murami, wybrukowane nierównemi kamieniami, ze studnią, wałem śmieci otoczoną, pośrodku, ze stosami porąbanego, zczerniałego drzewa dokoła.

Gdyby wraz z otoczeniem powyższém przenieść jeszcze na płótno twarze i postacie wszystkich tych ludzi, był-by to już nietylko obraz rodzajowy, ale studyum psychologiczne... tak, nie cofam wyrażenia mego... było-by to studyum psychologiczne; w ciałach tych bowiem niepozornych, chudych, okrytych szarém, ubogiém często odzieniem, zaopatrzonych w mętne źrenice, w blade oblicza, w przygarbione grzbiety i zwiędłe, ukradkiem poziewające, usta, przemieszkiwały duchy, z których każdy miał swą historyą, cicho płynącą, nieznaną historyą skromnych nadziei i ciężkich zawodów, uciech drobnych i nudy olbrzymiéj, westchnień skrytych, łez częstych, trosk dokuczliwych i rzadkich uśmiechów.

Ale któż kiedy, prócz szczupłéj chyba garści pracowitych szperaczy i skrupulatnych pedantów, przyglądać się chciał nizkim pełzaniem drobnego robaka? Przynajmniéj jest stokroć weseléj, ciekawiéj, ścigać spojrzeniem podniebny lot orła, lub, z dala naturalnie, patrzéć, jak powiew potężnego wiatru igra z potężnemi falami lwiéj grzywy! Uwaga nasza, z pewną domieszką instynktowego uwielbienia, zwraca się zwykle ku monarchom wszelkich królestw przyrody... ku rozwiewającym się fałdom purpurowych płaszczów, ku połyskującéj stali pancerza, lub przynajmniéj ku nieposzlakowanéj bieli batystowéj chustki, wyglądającéj z kieszeni nieposzlakowanie czarnego fraka.

Nie należę z natury do owéj większości śmiertelnych, lubującéj się w wyłączném rozważaniu każdego fałdu atłasowéj szaty, każdego poruszenia wytwornych postaci, każdego westchnienia, szemrzącego w piersi przez los pieszczonéj; a jednak przyznaję się otwarcie, że, zajęty powszedniemi i niepowszedniemi sprawami, przez dobre lat dziesięć uczęszczałem codziennie prawie do głównéj kancelaryi naszego miasta, nie znając z blizka żadnego z przebywających i pracujących w niéj ludzi i nie usiłując zawierać z niemi ściślejszéj znajomości nad tę, która z interesów, bieżących wypływała.

To też i Joachima Czyńskiego nietylko nie znałem, ale ni razu nie zatrzymałem przydłuższego spójrzenia na głowie jego, pochylonéj nad stosem papierów, okrytéj gęstemi, długiemi włosami, śród których kruczéj czarności, srebrzyły się szerokie, śnieżne pasma siwizny. Gęstość, długość włosów tych, jak téż i jaskrawo niemal rzucające się w oczy połączenie w nich kruczéj czarności ze srebrzystą białością, były jedynemi cechami powierzchowności, które głowę tę wyróżniały z pomiędzy mnóztwa głów otaczających. Czoło jego, żółtawo-blade i kilku poprzecznemi zmarszczkami zarysowane, policzki wklęsłe i starannie wygolone, wargi wązkie, zwiędłe, z opadającemi w dół końcami, po raz piérwszy ujrzałem wtedy, gdy, nieśmiałym ruchem podnosząc się z krzesełka, na którém siadywał zwykle, również nieśmiałym, przytłumionym głosem wymówił:

— Jeżeli-by Pan Dobrodziéj życzył sobie... jeżeliby pan pozwolił, mógł-bym podjąć się przepisywania papierów Pańskich!

Była to odpowiedź na pytanie, zadane przeze mnie naczelnikowi stołu: czy pomiędzy podwładnemi mu kancelistami nie zna kogo, kto-by mógł i chciał przepisywać papiery, tyczące się spraw, przeze mnie prowadzonych. Kopista, którego używałem dotąd, otrzymał wyższą posadę, i mozolnego tego środka zarabiania potrzebować przestał. Pytanie to zadane było dość głośno, aby go ludzie, kilka stołów obsiadający, usłyszéć mogli.

Żaden z nich przecież nie podniósł głowy i nie zwrócił uwagi na przedstawienie moje. Byli wszyscy zbyt zajęci snadź, zbyt leniwi, lub zamożni, aby obarczać się ciężarem nowych prac i obowiązków. — Nie miał-byś pan z żadnego z nich wielkiéj pociechy! Hultaje i bazgrzą, jak kury! — szepnął mi do ucha naczelnik stołu, nizki, rumiany człowieczek, z jowialną fizyognomią, który sam miał za zasadę przychodzić do biura ostatnim i opuszczać je piérwszym, a podpis swój na papierach urzędowych, a nawet listach prywatnych, przyozdabiać niezliczoną ilością niezmierzonéj długości wykrętasów.

Miałem już wraz z przedstawieniem mém przejść do innéj sali, gdy ze zwiędłych ust kancelisty, o kruczych i srebrzystych włosach, wyszły ciche, wyżéj powtórzone wyrazy.