— To, to, to! możesz pan spuścić się na Czyńskiego! — zawołał naczelnik stołu — piérwszy to kaligraf i ortograf w całém biurze! pracowity, jak wół, akuratny, jak zegarek! ale, niech mnie dyabli wezmą, jeśli wiem, jakim sposobem podoła on téj nowéj robocie! Dość panu powiedziéć, że jest on moim pomocnikiem, a do tego przepisuje papiery od czasów już niepamiętnych dwom, czy trzem, pańskim kolegom! Żebym był na twojém miejscu, Czyński, nigdy bym się tak straszliwie pracą nie obarczał; ale prawda! zarobek jest smaczną rzeczą, mianowicie, gdy ktoś lubi odwiedzać często wekslarnie i dwa razy na rok kuponiki u bilecików odcinać, aby za nie nowe bileciki kupować...
Śmiał się, mówiąc to, naczelnik stołu, a w zakończeniu mowy swéj szepnął mi na ucho:
— Dusigrosz, jakich mało! kapitalista! powiadam panu, Krezus prawdziwy!
Patrzałem na przedstawionego mi w ten sposób człowieka z niezwykłém zajęciem. Jedną ręką wsparty o stół, w drugiéj trzymając pióro, do połowy uczernione atramentem i nizko nad papierem zwieszone, stał on w postawie pochylonéj nieco, wyczekującéj i nieśmiałéj. Nikt na świecie nie mógł być mniéj podobnym do kapitalisty i Krezusa. Prostopadle nad miejscem, na którém siadywał on zwykle, a teraz stał, rozwijało się pod sufitem jedno z najdłuższych i najkrótszych ramion malowanego głowonoga. Mogło-by się téż zdawać, iż ramię to oddawna wpiło się w ciało jego i wyssało z niego całą siłę żywotną, wszystkie młode, męzkie zdrowie, tak chudą i wyniszczoną wyglądała postać jego, pod okrywającym ją szarym surdutem, tak kościstemi, przezroczystemi były ręce jego, tak pozbawioną krwi i życia była barwa jego twarzy. Obok piętna trudów, ciężkich i długich, jak życie, twarz tę przyoblekał wyraz ciszy głębokiéj, na-pół martwéj. Z pod brwi wypukłych, gęstym, siwiejącym włosem obrosłych, zapadłe oczy jego niepewnie błądziły po twarzy mojéj, a na głębi czarnych źrenic, pod powierzchnią cichą, jak twarz cała, błyskało monotonne, lecz żywe, światło. Był-że to ogień namiętnéj chciwości, który rozpalał w ten sposób dno zmoczonych źrenic i oświecał blade, martwe rysy kancelisty, zwanego Krezusem? Zdawało mi się, że tak nie jest, że w światełku owém, migocącém mu w oku na kształt drżącéj, drobnéj gwiazdy, świecącéj śród mrocznego nieba, a także w całéj, ascetycznie niemal wyglądającéj postaci jego, więcéj było marzenia, niż namiętności, oderwania od dóbr ziemskich, niż ich pożądania. A jednak mylić się nie mogłem. Znać było, że odpowiedzi mojéj oczekiwał on z żywym niepokojem, że gorąco pragnął, aby umowa, zapewniająca mu dochód stały i dość znaczny, zawarta pomiędzy nami została. Człowiek ten widocznie pożądał pieniędzy, ale poco? w jakim celu? Musi być zapewne obarczony rodziną! — pomyślałem i w kilkunastu słowach zawiadomiłem go o rodzaju, ilości i warunkach przedstawionego mu zajęcia. Znał się dokładnie na rzeczy i zgadzał się na wszystko, pojmowanie słów moich i zgadzanie się na nie, objawiając powolném nachyleniem głowy. Przy końcu rozmowy, skłonił się z niezręcznością, właściwą ludziom nieśmiałym i towarzyskiéj ogłady pozbawionym, poczém usiadł na swém krzesełku i gorliwie zajął się swą, opuszczoną na chwilę, kancelaryjną robotą. Nad pochyloną głową jego unosić się zdawało w powietrzu długie galaretowate ramię zwieszonego u góry potwora, ale on, szybko wodząc piórem po papierze, nie zważał na nie, jak téż słyszéć nie zdawał się szemrzących dokoła, a ku osobie jego zwróconych, żartów i ucinków.
— Samson nasz wziął sobie na plecy jeszcze jeden kamień! — szeptem niby, ale z dość głośnym chichotem, zażartował przy sąsiednim stoliku wysoki, chudy kancelista, ze złośliwém okiem i żółciową cerą.
— Grosiwo, kochane grosiwo, cudów dokazuje! — odszepnął kolega inny.
Ktoś trzeci uczynił palcami ruch, naśladujący otwieranie się i zamykanie nożyc, przyczém ustami naśladował szelest krajanego papieru.
— Tak! tak! — uśmiechnął się człowiek o żółciowéj cerze — kuponiki! kuponiki! błoga to rzecz! niech-by jednak sprobował miéć, jak ja, trzy córki i dwu synów w domu, zobaczyli-byśmy, czyby potrafił zdobyć się choć na jeden nędzy, storublowy bilecik!
— To prawda! i poco temu staremu pieniędzy tyle! — zauważył, ciszéj jednak od innych, młody chłopak, którego ubiór staranny i twarz delikatna znamionowały obywatelskiego syna, smutną koniecznością przykutego do biurowéj pracy.
Z uśmiechem żartobliwym na ładnéj twarzy, zbyt krótko jeszcze przebywającéj śród ścian kancelaryi, aby stracić mogła świeży, zdrowy koloryt, wyniesiony z rodzinnéj wioski, młodziutki kancelista zwrócił się ku piszącemu wciąż gorliwie, starszemu koledze.