— A cóż — odpowiedziała — to samo, co ze wszystkimi...
— Spaliło się?
— Ze wszystkiém.
— Gdzież mieszkacie?
— Na swoim gruncie. Wyratowaliśmy trzy ścianki...
— Jakto trzy ścianki?
— A tak... trzy ścianki jednéj izby.
Mówiąc to, tłómaczyła słowa te giestami, rysując niby w powietrzu mały trójkąt, przyczém, wysunęła z pod chustki ręce czerwone, poplamione krwawemi szramami i sinemi bliznami. Widać było z tych rąk, że i ona także brała udział w bronieniu owych trzech ścianek.
— Z dachem? — spytałam.
— Gdzie tam!...