— To cóż ja zrobię? Wszyscy jeść chcą... Za te trzy ruble, co mi daliście wczoraj rano, kupiłam matce koszulę na zmianę i trzy łokcie sukna do zasłania na ziemi, grubego płótna na kołdrę, i troszkę herbaty...
Wyliczała by wydatki swe dłużéj jeszcze, ale ojciec ze zjeżonemi brwiami i takiém już mnóztwem zmarszczek na twarzy, że wydawała się ona dziwnie zmalałą i cała skurczoną, sięgnął ręką za klapę surduta i po chwili wydobył ztamtąd rublowy papierek.
— Na, masz, idź sobie ztąd... Chleba kup, a dla matki bułkę, bo chora...
— Ale wydawajcie, tatku, pieniądze, wydawajcie!... A za co czwartą ścianę i dach zrobicie, i łóżko dla matki kupicie, bo doktór powiedział, że jak będzie na gołéj ziemi leżéć, to wnet zamrze, i braciom odziać się trzeba, bo bez surdutów chodzą, i Zośka ma tylko jednę koszulę, i...
— Cicho bądź! — krzyknął prawie szewc i niespokojnie obejrzał się dokoła. Lękał się, aby ludzie o teraźniejszéj nędzy jego nie usłyszeli, o! lękał się, aby nie usłyszeli oni, że dzieci jego koszul nie mają, a żona, jak żona żebraka, chora leży na ziemi.
— Dajcie talon — jęczała dziewczyna — przynajmniéj chleba nie kupim... teraz taki drogi i niewiedziéć gdzie po niego biegać...
Przez minut kilka ciężko ze sobą walczył, myślał, brwi i wąsy jeżył, sapał głośno i w ziemię patrzał. Nakoniec, ruchem powolnym, ciężkim schylił się nad jednym z piszących:
— Dla siedmiu osób — szepnął.
Kiedy oddawał córce kartkę na chleb, przez miłosiedzie publiczne rozdawany, w siwych oczkach jego zagasły całkiem świecące w nich przedtém stalowe iskry, a gdy dziewczyna z papierkiem w palcach szybko odeszła, stał jeszcze chwilę ze zwieszoną głową i opuszczonemi rękoma, z postawą i miną człowieka, którego obuchem w głowę uderzono. Nakoniec, szybkim ruchem zwrócił się twarzą ku ścianie i, przycisnąwszy oczy zwierzchnią stroną swéj oparzonéj ręki, zapłakał krótko, ale tak, że aż się mu zatrzęsły szerokie i w téj chwili zgarbione ramiona. Zapłakał nad tém, że przyjąć musiał jałmużnę. Patrzcie państwo! Czy widział kto kiedy takiego dumnego szewca?