Tym razem przez przerzedzony nieco tłum żwawiéj posunęła się ku baryerze. Tam stanęła i swe błękitne, wilgotne oczy w ojca wlepiła.

— Tatku — rzekła z cicha — dajcie talon na chleb.

Czy nie słyszał słów jéj, albo téż słyszéć ich nie chciał? Jak wprzódy ramionami machał w prawo i lewo; od ludzi piszących do tych, którzy nad baryerą ręce wyciągali, przebiegał, kartki rozdawał, krótkie, urywane zapytania i odpowiedzi wymawiał, córki nie spostrzegając lub udając, że jéj nie spostrzega. Ona po chwili powtórzyła głośniéj:

— Tatku, dajcie talon na chleb.

I wyciągnąwszy nad baryerę rękę, schwyciła go za rękaw surduta.

— A co tam? czego chcesz? czego tu przyszłaś? — sarknął prawie gniewnie patrząc na nią i zarazem unikając jéj spojrzenia.

— Talon na chleb dajcie... ani kruszyny w domu niéma.

Zdawało się, że na łysinę i policzki wystąpiły mu bujniejsze niż przedtém krople potu, szare oczki z zagłębień swych rzuciły stalowe błyski.

— No — zaczął — idź sobie! prędko! marsz. Co to? Talonu! talonu!... Żebraczka jesteś czy co? Albo może ja żebrak?

Mówił te słowa głosem zdławionym, krztusząc się jakimś wewnętrznym kaszlem i podziurawionym rękawem surduta pot z łysiny i czoła ocierał. Oczy dziewczyny stały się więcéj jeszcze wilgotne i trwożne niż wprzódy. Głośniéj już znacznie mówić zaczęła: