Wyrazy te uderzyły go i zadziwiły.

— Za jaką doliną? — ożywiając się nieco, zapytał.

Za nic w świecie nic-bym mu teraz nie powiedziała o górach ostrych, wąwozach nieprzebytych, wałach śnieżystych, przepaściach, które wiekuiście i nieubłaganie otwierają żarłoczne swe paszcze, ale długo mówiłam mu o dolinie rajskiéj, od krańca do krańca okrytéj różami, których szkarłaty prześcigają w świetności królewskie purpury, a wonie słodkiemi snami kołyszą może głowy nawet umarłych. Omdlały wzrok jego dawną, pogodną wesołość przypominał.

— Cudności! — rzekł — cudności! A może i teraz choć w jesiennéj porze, te róże tam kwitną?

Chciałam, aby myślał, że kwitną tam one ciągle przez rok okrągły.

— Ciągle, przez okrągły rok one kwitną.

— Cudności! — zadziwił się jeszcze, na południo-wschód spojrzał, a potém palcami policzka dotykając, przenikliwie, z tajemném jakiémś upragnieniem we mnie się wpatrzył.

— To może on... pod temi różami? — zaszeptał.

Oddech w piersi zatrzymać musiał, bo gwiżdząca dudka na chwilę w niéj umilkła.

— Najpewniéj! — odpowiedziałam.