Króla pachołkiem, a królem oracza,
Nędzarza panem, nędzarzem bogacza.”
Ta nuta i te słowa, wydawały się także jakąś siejbą rzuconą w powietrze, gdy tamta padała na ziemię. Wydawało się téż, że i ona sprowadzić musi plon jakiś, tylko napowietrzny, niewidzialny, niewidzialnie ludzi żywiący. Któż to był ten Kazio, który rzucał na świat te dwie razem siejby?
— Czy to syn pana?
— A jakże! groch sieje. Trochę to już na tę siejbę i spóźniona pora, ale inaczéj nie było można, bo przymrozki ziemię chwytały. A groch, widzi pani, to takie ziarno, że jak pod przymrozki je rzucić, z całego zasiewku nic nie będzie...
Siewca teraz przeszedł na drugi zagon, i plecami do zagrody zwrócony, oddalał się w stronę przeciwną. Ziarno padające na pole widziéć przestałam ale słowa pieśni przez chwilę jeszcze rozróżniałam wyraźnie.
— Słabemu moc dasz, wnet słabość mocnemu,
I w lot zwycięstwo dziś zwyciężonemu.
Teraz to już słowa przestały mi być słyszalne i tylko nuta ich, w niewielkiém oddaleniu, nie utraciła nic z rozciągłości swojéj i monotonnéj, poważnéj melodyi.
Stary człowiek w kapocie i baraniéj czapce, nad którą znowu wzbijały się i na młodych gałęziach zawisały sine zygzaki dymu, profilem ku mnie zwrócony, ku polom patrzał.