— Nienawidzę samego siebie!

W szepcie, jakim to wymówił, była zgryzota czarna i ciężki wstyd, który nizko pochylił mu głowę.

Nie rozumiała nic oprócz tego, że on cierpi. Pełna żałości powstała i z prostą, szczerą tkliwością w oczach, ręki jego dotknęła tą samą dłonią, która od siwej głowy dziadunia, jak skrzydło anioła, odwiewała gorycz i nudę starości.

— Pan ma jakieś wielkie zmartwienie, nie wiem jakie, ale wielkie i które w tej chwili panu się przypomniało. Więc muszę poprosić, niech się pan tak nie martwi! Chociaż niewiele jeszcze poznałam życia, wiem, że bywają w niem różne nieszczęścia i mocno pragnęłabym przychodzić im z pomocą... Cóż dopiero panu... Jeżeli mogę... cokolwiek... to niech pan powie! Uczynię wszystko.

Nizko pochylił się do jej ręki i złożył na niej pocałunek pełen czci. Potem prosić zaczął, aby jutro mogli znowu znaleźć się razem w tym ogrodzie.

— Jeszcze tylko jutro... Potem pani rzuci się w wir światowy, ja będę też bardzo zajęty... Ale jutro jeszcze, tylko jutro!

— Dobrze, ależ dobrze! cóż to ważnego? ogród ten taki miły, a ja po to przecież tu przyjechałam, aby przyjemnie czas przepędzać... Dziś jeszcze odwiedzę Janinę, a jutro pan przyjdzie do nas i razem tu przyjdziemy...

Z oczyma, które znowu od czegoś uciekając, błądziły po drogach i trawnikach ogrodu, rzekł oschle:

— Niech pani do panny Skierskiej nie idzie... jej tu niema. Wyjechała.

— Dawno wyjechała? na długo?