Z zadumą rzekła, że doświadcza takiego uczucia, jakby przechadzała się pośród grobowców i pomników, a on jej tłómaczyć zaczął, że istotnie są to grobowce pokoleń przeminionych, pomniki przebrzmiałych słów i haseł, kamienne ślady życia, które spłynęło w ocean przeszłości. Kto i jak żył za temi oknami, których kształty zdumiewały oko? Jakie postacie wchodziły w te przedsionki wązkie, długie, pełne zmroków za strzegącemi wnętrz ich żelastwami, pełnemi wzorów i godeł? Czyje powozy budziły głuche turkoty pod łukami tych bram ciasnych, a wyniosłych? Jakie imiona rozbrzmiewały chwałą lub hańbą w tych ścianach pełnych teraz skaz i pęknięć, pod śniedzią starości, których żadna farba pokryć nie może? O wszystkiem tem opowiadał jej z rozkoszą znawcy, który do krain znanych i kochanych wprowadza umysł ciekawy i uczuciowość przedziwnie świeżą, wrażliwą.
Z trochą zawstydzenia rzekła:
— Zdawało mi się, że znam historyę... jednak nic prawie nie wiedziałam o przeszłości tego miejsca!
— Niech to pani nie martwi! Trzeba więcej czasu, niż pani mieć mogła, aby poznać nieskończone małości, z których składa się nieskończona wielkość, albo ogarniając okiem krajobrazy, dostrzegać źdźbła trawy, z pośród których wyrastają drzewa.
Coś z powagi i siły męskiej powiało na nią od słów tych, od jego wiedzy, od przenikającej jego wiedzę poezyi powściągliwej. Szła, szczęśliwa, zapytując, słuchając. Przechodniów spotykali mało. Często dwie ich postacie, młode, zgrabne, promieniejące, z rozmową cichą i szybką same jedne przesuwały się w prawie kościelnym chłodzie i zmroku tych szczelin, wydrążonych w tych murach wysokich, szarych. Za nimi płynęła powietrzem smuga woni fiołkowej.
Czy długo to trwało?
Nie pomyśleli o tem, tak jak nie uczuwali znużenia, ani głodu. Owszem, żadną wyraźną myślą sprawy sobie z tego nie zdając, mieli uczucie istot skrzydlatych, wolnych od pęt życia codziennego, upojonych balsamami lejącymi się z jakichś górnych i złotych eterów. Zatrzymali się dopiero przed masą zieleni, która im drogę zastąpiła. Nieduży, ale piękny ogród publiczny, pełen drzew rozłożystych i pomiędzy niemi siedzeń, zapraszających do spoczynku. Mało ludzi, wiele ciszy i mnóstwo jaśminowych kwiatów, wonnem mlekiem oblewających krzewy. Na ławce pod jaśminami, raz jeszcze przez roztwartą bramę ogrodu zatopiła wzrok w wązką uliczkę, u której końca strzelała pod niebo wieża starego kościoła.
— Pewna jestem, że przyjaciółka moja, do której szłam, gdy pana spotkałam, często tę malowniczą cześć miasto odwiedza! Jutro przyjdziemy tu z nią razem. Ja, pan i ona, przyjdziemy tu razem... Czy dobrze?
— Wolałbym tak, jak dziś, bo osoba trzecia, jak język w zagadce Ezopa, może być rzeczą najlepszą, albo najgorszą... Czuję, że ta, o której mówimy, choćby była najlepszą, dla mnie będzie najgorszą.
— Jest najlepszą ze wszystkich kobiet w świecie!