Nie było już w oczach jéj łez ani śladu. Śmiała się z rozkoszą.
— Doprawdy! więc pamiętasz, jak mię Ignacy i cała rodzina jego nazywali zefirkiem? O, jaką ty dobrą masz pamięć! Zresztą, niezbyt to jeszcze dawno... — ciszéj dodała: — Kiedy byłam w domu rodziców moich, nazywano mię Sylfidą...
— Dlaczegóż to? proszę stryjenki! — dość naiwnie zapytał gość.
Zarumieniła się lekko i mimowoli spojrzała po swéj kibici.
— Aha! — odpowiedział, ale markotniał widocznie i wesołość jego gasła pod napływem przykrych jakichś myśli.
— Stryjenciu, — zaczął, — dlaczego stryjenka u Rolickiego ulokowała swoje pieniądze?... on to w biletach trzyma, a z tego procent mały...
— O, — zaprotestowała, — ja się na tém nie znam...
— Ale ja znam się i mówię stryjence, że to strata duża i niepotrzebna.
Spojrzał w okno i niedbale dodał:
— Teraz najlepiéj jest lokować kapitały na obywatelskich majątkach...