Objęła Żyrewiczowa i, osypując ją pieszczotliwemi nazwami, błagała, aby ona zaczęła i upominała się. Żyrewiczowa broniła się.

— Ale cóż ja powiem? jakże ja go mogę martwić? on taki czuły, wrażliwy, a przytém mnie i jego łączy przyjaźń dawna, oparta na czémś... na czémś takiém...

Rozalia nie przestawała prosić:

— Pani droga! złota!... i ja także czuję dla niego coś... coś takiego...

Weszły do mieszkania Łopotnickiéj. Staruszka, we francuzkim swym szalu, wygarnirowanym czepeczku i okularach w złotéj oprawie, siedziała w staroświeckim fotelu, wyprostowana i sztywna, jak zwykle, ale z wyrazem twarzy, do niepoznania zmienionym. W żółtych jéj palcach połyskiwały druty pończoszki, którą z wolna i zupełnie machinalnie robiła. Z łaskawym, aż prawie błogim, uśmiechem na ustach, słuchała opowiadania Stasia, co, siedząc na nizkim stołeczku tym, na którym zwykle siadywała Rozalia, mówił o jakiémś weselu, mającém się odbyć w okolicy jego, o wyprawie panny młodéj i ekwipowaniu się pana młodego. Na widok wchodzących kobiet, zerwał się z siedzenia i, ucałowawszy rękę pani Emmy, ze zgrabnym ukłonem i miłym, uśmiechem podał jéj pudełko cukierków.

— Miałem zamiar odwiedzić stryjenkę, — zaczął, — ale ponieważ tu się widzimy...

— Karetę więc kupił, — z zajęciem żywém zapytała go stara — i sześć koni? A jakiéj maści? Ona to pewnie piękne brylanty miéć będzie, bo matka jéj, Kryniewiczówna z domu, mnóztwo kosztowności miała... powiadają, że je ojciec jéj, adwokatem będąc, nie bardzo czystym sposobem po książętach X dostał. A ładnaż ona? Widziałam ją, kiedy była pięcioletnią dziewczynką... obiecywała...

Stanisław uprzejmie i obszernie wszelkich żądanych informacyi dostarczał, staruszka ożywiała się coraz więcéj, i czułém prawie okiem spoglądała na młodzieńca, który przynosił jéj z sobą echa i odblaski ukochanego przez nią świata. Żyrewiczowa i Rozalia nie mieszały się do rozmowy, gryzły cukierki i, co chwila rzucając okiem na Stanisława, z dziecinnym prawie chichotem dzieliły się z sobą nadzwyczaj zajmującemi, a nad osobą jego dokonywanemi, spostrzeżeniami. Bawiły się wybornie.

Chwilami jednak, po ogólnéj wesołości téj przesuwał się niby cień. Stanisław nie był w rzeczy saméj tak swobodnym, jakim okazać się usiłował; wśród śmiechu nawet, wzrok mu posępniał i ręka ruchem niecierpliwości podnosiła się ku płowemu wąsikowi. Nieprzezwyciężone roztargnienie i ukłócia jakby tajonéj troski przerywały mu wątek ożywionéj rozmowy. Łopotnicka ze swéj strony, gdy tylko na chwilę słuchać i mówić przestawała, wydawała się czémś zaniepokojoną. Sposępniały wzrok spuszczała na pończoszkę i tak zacinała wargi, że znikały całkiem pomiędzy ostrym, ptasim nosem, a suchą, w górę podnoszącą się i siwym puchem porastającą, brodą. Raz spojrzała na córkę, i z cicha, śpiesznie ku niéj szepnęła:

— Róziu! czy mówiłaś pani radczyni?...