Teraz Żyrewiczowa trąciła lekko łokciem Rozalią.
— Widzi panna Rozalia, jak mama posmutniała i tak spojrzała na panią, jak gdyby gniewała się... niechże pani zaczyna. Moja pani złociutka! moja najdroższa! proszę zacząć... mnie aż słabo!
— A mnie tak gorąco, jak żeby kto ukropu...
— O! mama znów spojrzała na nas i czoło zmarszczyła! już ja wiem, że kiedy mama na mnie czoło zmarszczy, to już coś wielkiego... Paniusieńko, proszę mnie ratować...
— Nie mogę, panno Rozalio... żeby tam nie wiem co... przyjaźń nasza oparta na czémś takiém... on taką ma wzniosłą duszę...
Łopotnicka raz jeszcze ostro spojrzała na córkę i Żyrewiczową, i z roztargnieniem odpowiadała na pytanie jakieś, przez Stanisława jéj zadane.
— Śliczna, śliczna osoba, dystyngowana i bardzo dobrze urodzona! Odropolska z domu, a rodzi ją Wiewiórkiewiczówna, z tych Wiewiórkiewiczów, co to jeden żonaty był z hrabianką Pompalińską, a drugi...
— Panie Stanisławie! — wpadł jéj w mowę bardziéj jeszcze niż zwykle wiolinowy głosik Rozalii.
— Co pani rozkaże? — z galanteryą zwracając się do niéj, zapytał Staś.
O, jakże niepodobną była do osoby, mającéj komukolwiek cokolwiek rozkazywać! Wyglądała w sposób litość budzący. Czarne jéj, wesołe zwykle oczki, pod wpływem śmiertelnego przymusu, jaki saméj sobie zadawała, na wierzch prawie wychodziły, czoło jéj zaszło krwistym rumieńcem, który posuwał się aż pod gładziutkie, wypomadowane pasma włosów i szkarłatną barwę nadał małym uszkom; chustką do nosa zasłoniła całą dolną część twarzy. Z za téj chustki głosik jéj wydobywał się zdławiony i za każdą syllabą konający.