— Panie Stanisławie, mamie przy... kro i mnie tak... że... ale co zrobić... dro... żyz... na taka... mamie na zimę... ciepłych bucików trzeba... żeby pan wiedział... jak to przykro... ale... cóż zrobić... ja sama nie wiem... ale może-by pan mógł te... te... pro... pro... pro...
Wyrazem procenta udławiła się formalnie i nic już więcéj, prócz kilku chrząknięć, pomieszanych ze stękaniem, wydobyć z siebie nie potrafiła. Żyrewiczowa ze swéj strony rumieniła się, to bladła naprzemian; pani prezydentowa zaś, która wprawianiem kija swego w młynkowe wirowanie tak dzielnie z motłochem wojować umiała, wobec przykrości, sprawianéj obywatelskiemu synowi, nie zmieszała się wprawdzie ani strwożyła, ale posmutniała bardzo i, z oczyma wlepionemi w pończoszkę, przeciągle westchnęła: — Och, och, och!
Stanisław powstał z powagą i naprzód panią prezydentowią, potém panią Emmę, a nakoniec pannę Rozalią w rękę pocałował. Uczynił to w głębokiém, uroczystém milczeniu i, dopiero usiadłszy, mówić zaczął:
— Winien jestem! mea culpa! ale niech szanowna pani prezydentowa i droga stryjeneczka i kochana panna Rozalia nie posądzają mnie o nic złego.
Tu dwa przerażone wykrzyki niewieście:
— My! posądzać pana! ach, panie Stanisławie! jak można...
— I pozwolą mi szeroko i długo usprawiedliwić się z téj pozornéj winy...
Teraz powagi pełen lecz rozrzewnieniem przebrzmiewający głos pani prezydentowéj:
— Winy... to, to, to, to, niéma żadnéj... pewno niéma... z takiéj familii dziecko, jak kochany pan Stanisław...
— Z téj pozornéj winy, którą okoliczności sprowadziły i okoliczności naprawią. Jakie zaś to okoliczności, jeżeli szanowna pani prezydentowa, droga stryjeneczka i kochana panna Rozalia pozwolą, opowiem o nich szczerze, jasno i szczegółowo.