— Niebłogosławieństwo bozkie! — krzyknęła, — straszno!
— Niech przekleństwo matki...
— Czekaj, mamo, czekaj! nie mów daléj! nie gub duszy i mojéj, i jego! o ja nieszczęśliwa! Idę, już idę! Zejdę ci z oczu, zrobię, jak chcesz! O! bodajbym była nazajutrz po urodzeniu się wskróś ziemi przepadła!...
Z ostatniemi słowami, łkając i szamocąc się, jak burzliwy wicher wypadła z mieszkania.
Wieczór był zimny, dziedziniec napełniony głębokim zmrokiem. Brygida biegła ku bramie, w pobliżu któréj w oczekującéj postawie stał urodziwy mężczyzna, w mieszczańskiém ubraniu i z długim, bujnym wąsem. Spostrzegłszy ją, szybko kilka kroków ku niéj postąpił.
— A co? a co? — pytał ciekawie, — uprosiłaś? zgodziła się? mogę tam iść?
Z właściwą sobie gwałtownością i z wybuchem płaczu porwała go za ręce.
— Nie zgodziła się... przekląć chce mnie i... ciebie! już zaczęła przeklinać!...
Ogarnął ją ramieniem, przycisnął do piersi i długo milczał. Potém smutnym bardzo głosem zaczął:
— Przekleństwo matki, niebłogosławieństwo Bozkie... nie można! Ja ciebie bez błogosławieństwa matki brać nie mogę. Jaką ona sobie jest, to jest... zawsze to matka, i wreszcie...