Tu ramię jego opadło i podniósł głowę.

— Wreszcie... cóż u licha? a któż to ja taki, złodziéj, pijak, włóczęga, czy co? żeby aż przeklinać mię za to, żem dziewczynę ukochał i za żonkę ją biorę!...

Ona nie odpowiedziała nic i, cicha, zesztywniała, usunęła się o parę kroków.

— Próbowała-żeś wszystkiego? — zapytał po chwili, — prosiłaś? perswadowałaś? mówiłaś, że mam dobry kawałek chleba dla ciebie, i nawet dla niéj? Niech u ludzi się spyta? niech mi termin naznaczy, żeby poznać się zemną? na wszystko zgodzę się... tylko nie na przeklinanie!

Milczała.

— To już nam ze sobą i pożegnać się wypadnie.

Załkała głośno, on znowu ją do piersi swéj przycisnął.

— A no, — mówił, — może się jeszcze stara namyśli i udobrucha. Ot widzisz, serce mi kraje się i aż płakać chce się... Wiész co? jak śniegi spadną i skończą się mularskie roboty, ja tu kiedy, wolnym dniem, wpadnę i dowiem się... a choć-by tylko i zobaczyć ciebie, moja ty czarnooka!

— Przyjedziesz? czy przyjedziesz? — zapytała chciwie, a w głosie jéj zadrżała nadzieja.

Śniegi spadły, i biegnącéj przez ulicę malutkiéj osóbce nie gorąco być musiało w szczupło watowanéj algierce, którą miała na sobie, a jednak okrągła twarz jéj wyglądała jak czerwone jabłuszko, a małe oczki błyszczały jak czarne paciorki. Migotały one na przemian trwogą i łzami; od chwili do chwili załamywała ręce i z cicha do siebie jęczała: