— Co? jakto przegrał? w karty?
— W karty. Mówią, że w karty! I już długu opłacić nie mógł, i sprzedać czegoś tam nie mógł, i tylko majątek cały sprzedał...
— To plotki, fałsz, kalumnia! — wykrzyknęła wdowa. — On! ta wzniosła dusza... tak poziomo!... nie, to być nie może. W tém jest jakiś dramat, jakiś fatalizm, coś tragicznego, coś... coś... takiego...
— Chodźmy do mamy. Mama da może sposób dowiedzenia się prawdy. Mama wszystko wié, co może być, a co nie może być. Chodźmy.
Poszły. I gdy z mnóztwem wykrzyków, omówień, twierdzeń i przeczeń, westchnień i łez, opowiedziały pani prezydentowéj wszystko, o czém wiedziały same, pani prezydentowa zdrętwiała. Wyprostowana jak struna, roztworzyła usta, na szalu francuzkim szeroko rozpostarła palce, i tylko powieki jéj nad siwą, szklistą źrenicą mrugały prędko, prędko.
Rozalia z przestrachem rzuciła się do niéj.
— Mamie niedobrze.
Obudziła się z chwilowego osłupienia, i rozkazującym giestem córkę od siebie usunęła.
— Niech Rózia poda mi salopę i ciepłą chusteczkę na głowę, — rzekła zwykłym już sobie, pewnym i suchym głosem.
Z trudnością jednak wstała z fotelu; Rozalia podawała jéj salopę i chusteczkę.