— Chodźmy spać. Wszystko to nie zmieni faktu, że muszę wstać o trzeciej.
Souvarine odrzucił niedopałek papierosa, ujął grubą królicę ostrożnie pod brzuch i postawił na ziemi.
Rasseneur zamknął drzwi wejściowe i rozeszli się, ważąc w głowach myśli.
Co wieczora toczono takie rozmowy w pustej izbie. Stefan, siedząc godzinę nad jednym kuflem, słuchał i myślał, i myślał, a drzemiące w nim idee budziły się i nabierały wyraźnych kształtów. Poczuł chęć do czytania i zwrócił się do sąsiada z prośbą o książki. Ale na nieszczęście Souvarine miał niewiele francuskich, a same prawie tylko niemieckie i rosyjskie. W końcu dostał dzieło o stowarzyszeniach spółdzielczych, które zresztą Souvarine skwalifikował jako głupstwo. Prócz tego pilnie czytywał pismo, które abonował jego sąsiad. Była to „Walka”, anarchistyczny tygodnik wychodzący w Genewie. Souvarine był ciągle jednako zamknięty w sobie, zobojętniały na wszystko, jakby życie było dlań rzeczą uboczną. O czym rozmyślał, odgadnąć było trudno.
W pierwszych dniach lipca zaszła znaczna zmiana w położeniu Stefana. Zdarzyło się coś, co przerwało monotonię życia górników. Oto hajerzy w sztolni Wilhelma natrafili na pusty chodnik, co dowodziło, że w tej stronie węgla spodziewać się już nie można. Stało się to pewnością po kilku dniach, ku wielkiej konsternacji inżynierów. Cała kopalnia nie mówiła o niczym innym. Pokład musiał w tym miejscu załamywać się i iść gdzieś poniżej chodnika, w kierunku przeciwnym. Starzy hajerzy rzucili się na jego poszukiwanie jak gończe psy, ale tymczasem robotnicy rąk założyć nie mogli, dyrekcja przeto ogłosiła submisyjną licytację akordów w innym pokładzie. Jednego dnia po wyjściu z kopalni ojciec Maheu zaproponował Stefanowi, by przystąpił z nim do spółki jako hajer na miejsce Levaque’a, który zgodził się do roboty gdzie indziej. Sprawę załatwiono i uzyskano zgodę dozorcy i inżyniera, którzy byli ze Stefana bardzo zadowoleni.
Tego samego wieczora udali się do kopalni, by przeczytać ogłoszenie. Przeznaczone do licytacji partie leżały w pokładzie Filonnière i nie wydawały się korzystne. Stefan czytał, a stary potrząsał głową. Gdy nazajutrz zjechali i oglądali nowy chodnik, Stefan zwracał uwagę ojca Maheu na oddalenie jego od szachtu, na kruchość sklepienia, twardość węgla, małą objętość żyły. Ale należało pracować dla chleba, więc następnego dnia stanęli do licytacji w ogrzewalni. Zastali tu już paruset robotników natłoczonych przed małą estradą, na której zasiedli inżynierowie i dozorcy. Licytacja odbywała się tak prędko, że słychać było tylko głuche warczenie głosów, wykrzykiwanie cyfr, przygłuszane nowymi wykrzykami i nowymi cyframi.
Czas jakiś drżał ojciec Maheu na myśl, że nie złapie ani jednego z licytowanych miejsc. Współzawodnicy zbijali do niemożliwości ceny, podkupywali się wzajem przerażeni kryzysem przemysłowym i myślą, że braknie im pracy. Widząc natłok, inżynier Négrel nie śpieszył się, pozwalał cenom spadać jak najniżej, a pomocnicy jego obchodzili grupy, opowiadając o doskonałości licytowanych miejsc. Ojciec Maheu, by dostać swe pięćdziesiąt metrów sztolni, musiał stoczyć o to zaciętą walkę z przeciwnikiem, który również uparł się na to miejsce. Obaj współzawodnicy opuszczali po centymie z ceny wózka, a gdy wreszcie zwyciężył Maheu, uczuł, że go za łokieć pociąga dozorca Richomme i usłyszał jego gniewny szept, którym mu tłumaczył, że przy postawionej cenie w żaden sposób na swoje wyjść nie będzie mógł.
Gdy odchodzili, Stefan klął, a gniew jego wybuchnął całą siłą, gdy zobaczył Chavala wracającego z Katarzyną z pszenicy, gdzie się zabawiali, podczas gdy teść in spe musiał walczyć ciężko o chleb dla nich wszystkich.
— Psiakrew! — krzyknął Stefan. — To ostatnie łotrostwo! Puszczają robotników wzajem na siebie jak dzikie zwierzęta, by się gryzły na śmierć.
I Chaval zaperzył się i przysięgał, że na miejscu ojca Maheu i jego konkurenta nigdy by nie licytował cen. Nadbiegł z ciekawości i Zachariasz i oświadczył, że to jest podłe, ale przerwał mu Stefan, wołając gwałtownie: