— To się wnet skończy! Przyjdzie dzień, kiedy staniemy się panami sytuacji... zobaczycie!

A Maheu, który od chwili ukończenia licytacji ust nie otworzył, zbudził się jakby z ciężkiego snu i powtórzył:

— Panami... Do kroćset tysięcy! Już czas najwyższy!

II

W ostatnią niedzielę lipca przypadało święto górników. Już w sobotę wieczorem wymyły gospodynie kolonii podłogi i ściany swych mieszkań, wylały ogromne ilości wody, a potem mokre jeszcze deski posypały białym piaskiem, co było istnym zbytkiem dla biedaków. Zbliżyło się południe, upał rósł z każdą chwilą, a powietrze stawało się ciężkie, dławiło w gardle. Bezdrzewne równie Francji północnej nie znają innego lata.

W święto wstawano u Maheuów późno. Sam Maheu wprawdzie zrywał się już o piątej i ubierał, ale dzieci wylegiwały się do dziesiątej. Maheu szedł do ogrodu, palił fajkę i czekając na dzieci, zazwyczaj sam jadł śniadanie. Ranek mijał w ten sposób niepostrzeżenie. Dziś Maheu naprawił ciekącą wannę i przylepił na ścianie pod zegarem portret następcy tronu, który malcy skądsiś przynieśli. Pomału poczęli schodzić na dół inni członkowie rodziny, a stary Bonnemort zasiadł przed domem i grzał się na słońcu. Alzira i matka zabrały się do gotowania, zapach smażącego się królika rozszedł się po izbie. Katarzyna ubrała malców i zeszła też, a za nią Jeanlin i Zachariasz zaspani jeszcze i poziewający.

W kolonii wrzało. Wszyscy śpieszyli się, by przełknąć obiad i pójść potem gromadnie do Montsou. Dzieci biegały po podwórzach, mężczyźni powoli chodzili tu i tam z podkasanymi rękawami koszul, człapiąc sabotami. Drzwi i okna stały otworem, widać było izby napełnione ludźmi, a po całej kolonii rozchodził się świętalny25 zapach smażonego mięsa walczący o lepsze z przenikliwą wonią cebuli.

Obiad u Maheuów podano o dwunastej. Stosunkowo było tam jeszcze najmniej hałasu, choć cała kolonia tętniła przeróżnymi krzykami, łajaniem dzieci, szczękiem roznoszonych pożyczanych naczyń, trajkotaniem kobiet. Zresztą rodzina Maheu żyła teraz w nieco naciągniętych stosunkach z sąsiadami. Zwłaszcza przyjaźń z Levaque’ami bardzo ostygła. Mężczyźni nie zmieniali postępowania, ale kobiety udawały, że się nie widzą. Kamieniem obrazy był projekt małżeństwa Filomeny z Zachariaszem. Skutkiem tego zmienił się też stosunek do pani Pierron, której zresztą dziś nie było, gdyż zostawiła męża i Lidię u matki, a sama poszła do Marchiennes do swej kuzynki. Żartowano sobie z tej kuzynki. Mówiono, że ma wąsy zupełnie jak starszy nadzorca z Voreux, a Maheude potępiała surowo to opuszczanie rodziny w dniu uroczystym. Obiad był obfity, prócz tuczonego od paru tygodni królika Maheude zastawiła wołowinę i mięsną zupę. Nie pamiętano już takiego zbytku... było dużo więcej jak roku zeszłego na św. Barbarę, toteż dziesięć szczęk pracowało dzielnie, od Stelki począwszy, której się wykluwały zęby, skończywszy na ojcu Bonnemort, który potracił już swoje. Zmieciono wszystko, nie oszczędzając nawet kości. Został tylko kawałek sztuki mięsa na wieczór, gdyby ktoś miał jeszcze ochotę jeść.

Jeanlin znikł pierwszy. Czekał nań Bébert poza szkołą. Długo się wałęsali, nim im się udało zwabić Lidię, pilnie strzeżoną przez Brûlé. Gdy stara spostrzegła ucieczkę, poczęła wymachiwać chudymi ramionami i kląć straszliwie, a Pierron, mając tego dość, wymknął się z czystym sumieniem człowieka, który idzie się zabawić, pewny, że żona jego ma także swą rozrywkę.

Dziadek Bonnemort poszedł, a w ślad za nim Maheu, spytawszy żonę, czy przyjdzie za nim do Montsou. Odparła, że pewnie nie, a to z powodu tej utrapionej Stelki, zresztą namyśli się, w każdym razie zastanie go jeszcze w którejś gospodzie. Wyszedłszy, Maheu zawahał się chwilę, a potem wstąpił do sąsiada zobaczyć, czy Levaque już gotów. Zastał tu Zachariasza oczekującego na Filomenę. Zaraz od progu poczęła mówić pani Levaque o małżeństwie, uniosła się i zaczęła wykrzykiwać, że kpią sobie z niej, ale ona nie głupia dalej czekać i musi rozmówić się nareszcie z Maheudą. Czyż to jej rola wychowywać dzieci bez ojca, podczas gdy matka przewraca się po zbożu z kochankiem. Filomena wdziała tymczasem kapelusz i odeszła z Zachariaszem, który zaręczał, że ożeni się najchętniej, byle tylko matka chciała się zgodzić. Levaque już wyszedł, więc zabrał się też Maheu, odsyłając rozgniewaną sąsiadkę z pretensjami do żony. Namawiał do pójścia Bouteloupa siedzącego przy stole z kawałkiem sera w ręku, ale ten odmówił, wyrzekł się piwa i został w domu jako przykładny mąż.