Stefan wpadł znowu w ferwor oratorski. Gmach kapitalizmu trzeszczy we wszystkich wiązaniach, nie przetrzyma pewnie i paru miesięcy. Ale gdy przyszło mówić o środkach do osiągnięcia celu, znikała jego pewność siebie. Mieszało mu się w głowie wszystko, co dotychczas czytał, toteż skąpił objaśnień, nie chcąc się zdradzić. Dawał im tylko wyciąg ze wszystkich systemów osłodzony pewnością szybkiego tryumfu. Pocałunkiem braterskim załagodzi się wszystko i nastanie równość klas, choć co prawda pewną liczbę zacietrzewionych trzeba będzie pewnie nauczyć rozumu. Maheuowie pojmowali teraz najciemniejsze rzeczy, przyjmując najdziwaczniejsze przypuszczenia ze ślepą wiarą nawróconych, przekonani jak pierwsi chrześcijanie, że świat stary runie, a na jego gruzach zajaśnieje lepszy, królestwo boże na ziemi. Alzira, pozbierawszy okruchy zdań, zbudowała sobie własny obraz szczęśliwości niedalekiej pod postacią ciepłego domu, gdzie każde dziecko sypia w osobnym łóżku i może jeść i bawić się do syta, zaś aniołowie gotują obiad i sprzątają. Katarzyna nieruchoma z oczyma utkwionymi w opowiadającego słuchała, a gdy Stefan mówić przestawał, ciało jej przebiegał dreszcz.
Maheude opamiętywała się zazwyczaj pierwsza.
— Oho, minęła dziewiąta, jutro się nie zwlecze nikt z łóżka!
Wstawali od stołu zrozpaczeni. Zdawało im się, że byli magnatami, a teraz nagle ubierać się muszą w łachmany.
Szli po schodach na górę, czuli kopeć i zaduch czyniące powietrze ciężkim, a dziadek Bonnemort idący do kopalni mruczał, że oddałby ten raj za kawałek mięsa pływającego w zupie. Rozbierali się wszyscy, gaszono świecę, a Stefan słyszał, jak Katarzyna przewraca się niespokojnie, nie mogąc zasnąć.
Często w rozmowach brali udział sąsiedzi, Levaque zwłaszcza z furią czepił się myśli podziału dóbr, w czym mu wtórował Pierron, na tyle jednak ostrożny, że szedł spać, ile razy poczęto rzucać gromy na Kompanię. Czasem wpadł też Zachariasz, ale nie bawił długo znudzony tą polityką. Wolał iść do Rasseneura na kufelek. Chaval wysunął się od razu na pierwszy plan. Był najradykalniejszy, chciał krwi! Co dnia przepędzał godzinę u Maheuów niby dla rozmowy, ale w gruncie rzeczy pędzony zazdrością. Znudził się już Katarzyną, ale odkąd wiedział, że śpi w jednej izbie ze Stefanem, ciągle narażona na jego pieszczoty, nie mógł sobie dać rady.
Wpływ Stefana rósł z dniem każdym. Zrewolucjonizował on powoli całą kolonię, a propaganda jego była tym skuteczniejsza, że równocześnie wzbudzał szacunek ogółu. Maheu okazywał mu wielki szacunek, gdyż Stefan płacił regularnie, nie pił, nie grał i wolał ponad wszystko siedzieć w książkach. Sława jego, jako wykształconego młodego człowieka, rozeszła się wnet szeroko, a sąsiadki objawiały mu swe uznanie, obarczając go pisaniem listów. Stał się niejako pisarzem miejscowym i adwokatem, załatwiając korespondencje i rozstrzygając drażliwe kwestie. Wreszcie we wrześniu założył swą kasę wsparć, która była wprawdzie jeszcze nikła, licząc pośród członków samych tylko mieszkańców kolonii, ale rokowała nadzieję, że obejmie górników wszystkich kopalń miejscowych, zwłaszcza gdyby zachowująca się dotąd biernie Kompania nie stawiała i nadal przeszkód. Stefan został niedługo potem sekretarzem związku i pobierał za związaną z tym pisaninę małą kwotę, co go uczyniło niemal bogaczem. Nieżonaty trzeźwy robotnik, o ile zwłaszcza nie posiadał żadnych zobowiązań, mógł nieźle żyć z zarobku, niestety takich było w Voreux niewielu.
Stefan zmienił się i powierzchownie. Zgłuszony nędzą pociąg do elegancji wrócił teraz. Sprawił sobie sukienne ubranie, cienkie trzewiki i wkrótce tym zadziałał na umysły. Kupiono27 się do niego jako przywódcy, co mu sprawiało wielką radość. Upajał się nektarem popularności. Dumny czuł się, że może stać na czele, rozkazywać, on, który przybył tu niedawno jako prosty przesuwacz. Wierzył ślepo w bliskość rewolucji i był pewny, że odegra w niej wybitną rolę. Spoważniał też, przemawiał często z coraz mniejszą tremą i utwierdził się ostatecznie w poglądzie, że konieczny będzie gwałtowny przewrót.
Tymczasem kończyła się jesień, a przymrozki październikowe zwarzyły rośliny. Po dachu królikarni nie przewracali się już chłopcy z przesuwaczkami, w ogródkach rosły jeszcze tylko buraki, czosnek i sałata zimowa, a ze zwieszonych nisko chmur począł padać po całych dniach deszcz, spłukując czerwone mury domów, dudniąc w rynnach i przelewając się przez górne brzegi kadzi. W izbach tlały bez przerwy węgle w piecykach, zatruwając powietrze. Nastał znowu czas wielkiej nędzy.
Stefan nie mógł sypiać po nocach, gdyż kładł się rozgorączkowany mowami. Słyszał, jak Katarzyna rozbiera się po ciemku i wślizguje pod kołdrę. Właśnie napadła ją na nowo wstydliwość, śpieszyła się ogromnie z rozbieraniem i to tak niezręcznie, że odkrywała się jeszcze coraz więcej. Leżąc już w łóżku, bała się odetchnąć, ale Stefan czuł doskonale, że nie śpi i myśli o nim. Leżeli oboje wysilając się, by nie uczynić najlżejszego szelestu, ale wysiłki te nie zdawały się na nic. Stefan dwa razy już miał się zerwać i iść do niej. Co za głupota opierać się instynktownemu pociągowi, walczyć? Dzieci spały, wiedział, że czeka nań, że bez słowa obejmie go ramionami i przyciśnie usta do jego ust. Mijały z wolna kwadranse. Nie wstał i nie poszedł do niej, a Katarzyna nie poruszyła się z obawy, że może go tym zwabić. Im dłużej żyli blisko siebie, tym grubszy oddzielał ich mur wstydliwości i serdecznej przyjaźni. Czemu się tak działo, nie zdołaliby sobie tego objaśnić.