Z dwu stron górnicy uzbrojeni w pikle i łopaty rzucili się na gruzy. Chaval bez słowa pracował obok Maheua, Stefana i Zachariasza, usuwał wraz z innymi ziemię. Nadszedł czas wyjazdu, ale mimo że zgłodniali, nikt nie biegł na obiad i nie opuścił towarzyszów. Przyszło tylko wszystkim na myśl, że w domu niepokoić się będą widząc, że nikt nie wraca. Postanowiono więc wyprawić dziewczęta. Ale ani Katarzyna, ani Mouquette, ani Lidia nie chciały iść, więc poselstwa podjął się Levaque. Miał powiedzieć, że naprawiają nieznaczne uszkodzenie. Około czwartej wykonano pracę całego dnia i połowę gruzu usunięto. Ale jak na złość poczęły spadać nowe bryły. Maheu pracował z wściekłością, odpychając dziko tych, którzy chcieli go zluzować na chwilę.
— Ostrożnie — zawołał nareszcie Richomme. — Dochodzimy do nich! Ostrożnie, by nie skaleczyć!
Charczenie stało się wyraźniejsze i wedle niego kierowali się pracujący. Teraz odzywało się jakby spod samych łopat i pikli. Nagle ustało.
Robotnicy spojrzeli po sobie i zadrżeli. Powiało tchnienie śmierci po czarnym państwie węgla. Pracowano jednak dalej, choć wszyscy oblani byli potem. Wreszcie ukazała się noga. Teraz usuwano gruz i ziemię rękami i odkopano powoli całe ciało. Głowa nie była uszkodzona, przysunięto do niej lampy i przezwisko: Chicot, przebiegło z ust do ust. Ciało było jeszcze ciepłe, kawałek skały strzaskał nieszczęśnikowi stos kręgowy.
— Owińcie go w płachtę i połóżcie na wózku! — rozkazał dozorca. — Teraz szukajmy chłopca.
Maheu uderzył jeszcze parę razy piklą i zaraz zrobił się otwór, przez który ujrzano drugą partię robotników zajętych usuwaniem ziemi. Poczęli wołać, że właśnie znaleźli Jeanlina omdlałego z połamanymi nogami, ale żywego. Ojciec wziął syna na ręce i z zaciśniętymi zębami, bez słowa, wyrzucając tylko od czasu do czasu klątwę, poniósł go, a Katarzyna i inne kobiety poczęły na nowo lamentować.
Przyprowadzono dwa wózki, do których Bébert zaprzągł Bataille’a. W pierwszym leżały zwłoki Chicota złożone tam przez Stefana, w drugi wsiadł Maheu z omdlałym Jeanlinem owiniętym w płótno zdarte z któregoś wentylatora. Orszak posuwał się z wolna, a lampy postawione na wózkach połyskiwały czerwono. Z tyłu szło około pięćdziesięciu górników. Uczuli teraz znużenie i ociężałym krokiem wlekli się, poślizgując w błocie powoli, smutnie, jak opanowana zarazą trzoda bydła. By dojść do szachtu zjazdowego, potrzebowano pół godziny czasu, korowód żałobny wlókł się długo, mijając połyskujące w półmroku odgałęzienia szyn, czarne otwory galerii i chodników bocznych i zdawało się, że nigdy nie zajdzie na miejsce.
Richomme poszedł przodem, by zarządzić co potrzeba i zarezerwować jedną klatkę windy. Pierron wsunął zaraz oba wózki do windy. W jednym siedział Maheu z ciężko rannym synem, w drugim Stefan, trzymając w objęciach ciało, które inaczej nie byłoby się zmieściło. Inne klatki pomieściły górników i rozpoczął się wyjazd. Trwał dwie minuty. Woda strumieniami lała się na dach, a robotnicy spoglądali w górę, pragnąc jak najprędzej wydostać się na ziemię.
Szczęściem chłopiec wysłany przodem po doktora Vaderhaghena znalazł go i przyprowadził do poczekalni dozorców, gdzie złożono zwłoki i rannego na materacach rozłożonych na ziemi. W izbie pozostali tylko Maheu i Stefan, na dworze zgromadził się tłum przesuwaczek, hajerów, chłopców. Szeptano ze sobą żywo.
Lekarz spojrzał na Chicota i rzekł cicho: