— Z tym już koniec! Można umyć ciało.

Dwaj stróże rozebrali ciało czarne od węgla, okryte jeszcze lepkim potem pracy i poczęli je smarować wielkimi gąbkami.

Lekarz uklęknął teraz przy Jeanlinie.

— Głowa cała — mówił — klatka piersiowa idem31. Ha, nogi coś szwankują.

Sam rozebrał chłopca, zdjął mu czapkę górniczą, kaftan, spodnie i koszule ze zręcznością dozorczyni. Ukazało się teraz nędzne ciało, nikłe jakby ciało owada, powalane żółtą gliną, upstrzone tu i ówdzie czarnymi plamami krwi. Nie można było niczego znaleźć, trzeba go było również umyć. Po myciu wydał się jeszcze nędzniej, ciało było białe, przezroczyste, tak, że przez skórę widać było niemal wszystkie kości. Smutny przedstawiał widok ten potomek zdegenerowanej rasy, szkielet na pół zgnieciony. Po oczyszczeniu skóry wyszło na jaw, że ma złamane obie nogi. Przyszedł teraz do przytomności i począł jęczeć. U stóp jego ojciec łamał ręce, a grube łzy spływały mu po policzkach.

— Więc tyś jest ojcem? — spytał lekarz spoglądając nań. — Nie płacz, widzisz przecież, że żyje! Pomóż mi raczej.

Skonstatował dwa proste złamania. Prawa noga niepokoiła go więcej i wyraził mniemanie, iż ją pewnie trzeba będzie amputować.

W tej chwili przyszli Négrel i Dansaert. Négrel wysłuchał raportu dozorcy z kwaśną miną, a potem wybuchnął:

— Zawsze to przeklęte stemplowanie! Czyż tysiąc razy nie ostrzegałem, że może przyjść do ofiar w ludziach. A te osły mówią zaraz o strajku, gdy się ich nagania, by lepiej stemplowali. Najpiękniejsze w tym wszystkim to, że Kompania musi teraz płacić za potłuczone garnki. Ucieszy się pan Hennebeau, nie ma co mówić!

— Jak się ten nazywa? — spytał Dansaerta stojącego w milczeniu obok zwłok, które zawijano teraz w prześcieradło.