— Chicot, jeden z najlepszych robotników. Ma troje dzieci biedaczysko!

Lekarz kazał, by Jeanlina natychmiast przeniesiono do domu. Już po szóstej ściemnia się, więc dobrze by było zawieźć też i ciało. Inżynier kazał zaprząc do wozu ciężarowego i przyniesiono lektykę. Na niej położono chłopca, a materac z ciałem wsunięto na wóz.

Przed bramą stały jeszcze dziewczęta i rozmawiały z górnikami, którzy chcieli widzieć, co się stanie dalej. Gdy otwarto drzwi pokoju dozorców, nastała cisza. Potem utworzył się pochód. Przodem jechał wóz, za nim niesiono lektykę, a z tyłu postępowali ludzie. Minięto podwórze kopalni i wydostano się na drogę wiodącą pod górę do kolonii. Pierwsze przymrozki październikowe ogołociły równię z zieloności, a noc zstępowała powoli niby spuszczający się z wysoka całun pogrzebny.

Stefan szeptem polecił Katarzynie, by pobiegła przodem i przygotowała Maheudę. Maheu, złamany, stąpający za lektyką usłyszał, skinął głową i dziewczyna pobiegła. Zbliżano się do wsi i mieszkańcy kolonii spostrzegli wóz, dobrze sobie znany wóz. Kobiety wypadły przerażone, kilka poczęło biec ku niemu. W jednej chwili zebrało się ich trzydzieści, pięćdziesiąt, a wszystkie równie przerażone. Więc były ofiary. Któż to? Ach, pewnie więcej jest trupów, a wóz wiezie je po jednym!

Katarzyna zastała matkę przeczuwającą nieszczęście. Od progu zawołała do niej:

— Ojciec zabity?

Daremnie dziewczyna protestowała, mówiła o Jeanlinie. Nie słuchając, Maheude wybiegła i, ujrzawszy, że wóz skręca koło kościoła, zachwiała się na nogach i pobladła straszliwie. U drzwi mieszkań stały kobiety z wyciągniętymi szyjami i drżąc czekały, przed czyimi drzwiami wóz się zatrzyma.

Ale wóz pojechał dalej, a za nim ujrzała Maheude kroczącego przy lektyce męża. Ale gdy postawiono lektykę u jej drzwi i ujrzała Jeanlina żywego, z połamanymi nogami, strach jej zmienił się w gniew i bez łez, ogarnięta wściekłością poczęła wołać:

— Tak więc szanowna Kompania postępuje z nami? Dzieci nasze czyni kalekami! Obie nogi! Mój Boże! I cóż ja nieszczęśliwa pocznę z nim teraz?

— Milcz no, moja droga! — powiedział doktor Vanderhaghen, który przyszedł także, by założyć opatrunek. — Czyż wolałabyś, by ci przywieziono zwłoki?