Alzira i dzieci szlochały, a Maheude szalała coraz bardziej. Złorzecząc swemu losowi, podawała lekarzowi różne rzeczy potrzebne, zawodziła i pytała, skąd teraz weźmie pieniędzy, by wyżywić chorego. Nic, że dziadek nieużyteczny, musiał jeszcze ten chłopak postradać nogi. Nie mogła się uspokoić, a krzyk jej mieszał się z lamentem dochodzącym z pobliskiego domu, gdzie żona i dzieci Chicota opłakiwały śmierć ojca.

Noc była ciemna, gdy wreszcie śmiertelnie znużeni górnicy siedli do zupy, a zjadłszy, udali się na spoczynek. Teraz ciszę przerywał tylko płacz rzewny dwu rodzin unieszczęśliwionych.

Minęły trzy tygodnie. Zdołano uniknąć amputacji i Jeanlin nie utracił nogi, ale miał pozostać kulawym do śmierci. Kompania po zbadaniu wypadku raczyła wypłacić Maheuom wsparcie w kwocie pięćdziesięciu franków i obiecała ponadto wyszukać dla chłopca robotę poza kopalnią, gdy przyjdzie do siebie. Ale mimo to nędza u Maheuów nie zmniejszyła się, gdyż sam Maheu po wypadku zasłabł ciężko i długo miał gorączkę.

Od czwartku pracował znowu w kopalni, a dziś właśnie była niedziela. Wieczorem debatowano nad tym, co się stanie pierwszego grudnia. Spierano się trochę o to, czy Kompania wykona swą pogróżkę i od tego terminu obniży płace. Siedziano do dziesiątej i czekano na Katarzynę, ale nie przyszła. Wściekły ze złości, bez słowa Maheu zasunął rygiel u drzwi wejściowych, a Stefan długo nie mógł zasnąć, myśląc o tym pustym łóżku obok siebie, w którym Alzira zajmowała tak mało miejsca.

Dnia następnego Katarzyna nie wróciła i dopiero po południu, po robocie dowiedzieli się Maheuowie, że Chaval zatrzymał ją u siebie. Robił jej obrzydliwe sceny zazdrości, tak że w końcu zdecydowała się z nim zamieszkać. By uniknąć wymówek, Chaval porzucił nagle Voreux, przeniósł się do Jean-Bart, do kopalni pana Deneulin, a Katarzyna poszła z nim jako przesuwaczka. Stadło osiadło w Montsou u Piquette’a, gdzie mieszkał od dawna Chaval.

Maheu odgrażał się zrazu, że nabije Chavala, a Katarzynę przyprowadzi za kark do domu, ale wnet wzruszył ramionami i oświadczył, że nie przydałoby się to na nic. Zawsze tak się dzieje, a nie można wstrzymać dziewczyny, gdy raz postanowiła odejść. Dużo lepiej spokojnie wyczekiwać małżeństwa. Ale Maheude była rozżalona.

— Czyż broniłam jej zadawać się z Chavalem? — mówiła, zwracając się do Stefana, który słuchał pobladły. — Nie broniłam. Osądź pan sam... wszak jesteś człowiek mądry... Zostawiliśmy jej zupełną swobodę. Mój Boże, wszystkie dziewczęta muszą przejść przez to. To trudno... ja sama byłam przy nadziei, gdyśmy brali ślub z moim starym. Ale nie uciekałam z domu rodzicielskiego, nie okradłam ich z zarobku swego, nie oddałam go już jako dziecko mężczyźnie, który go nie potrzebuje wcale. To łajdactwo, mówię panu! Dojdzie do tego, że człowiek będzie się strzegł posiadania dzieci... jak ognia!

Stefan kiwał tylko głową, a kobieta ciągnęła dalej:

— Pozwalałam jej na wszystko. Ach, co za gałgan z tej dziewczyny! Nie mogła to zaczekać do ślubu, a tymczasem pomóc nam trochę wygrzebać się z nędzy. Źle się stało! Nie trzeba było pozwolić, bo takie stworzenie chwyta zaraz za całą rękę, gdy mu się mu poda palec.

Alzira potakiwała głową, malcy płakali z cicha, a Maheude wyliczała klęski, jakie na nich spadły w krótkim przeciągu czasu. Najpierw ożenił się Zachariasz, potem zasłabł na nogi dziadek i dotąd siedzi jak kloc na stołku, dalej Jeanlin, który jeszcze dziesięć dni nie wyjdzie z domu, a choćby i wyszedł, to niewielka zeń pociecha... na koniec jeszcze ten cios, ta ucieczka Katarzyny. Cała rodzina się rozlatuje. Sam ojciec tylko pracuje w kopalni, ale jakże wyżyć ma siedem osób, nie licząc już Stelki, z trzech franków ojca. Czyż nie lepiej by było, by od razu skoczyli wszyscy do kanału?