Nagle przypomniał sobie o dzisiejszym śniadaniu i chciał posłać lokaja do Gregoire’ów, by ich przeprosić i odłożyć zaproszenie na inny dzień, ale nagle człowieka tego, który przed chwilą sposobił się energicznie do walki, ogarnęło wahanie. Poszedł na górę do żony, którą fryzowała właśnie garderobiana.
— Strajkują? — rzekła spokojnie. — No to niech sobie strajkują. Cóż nas to obchodzi. Przecież z tego powodu nie możemy przestać jadać?
Nie ustąpiła, chociaż tłumaczył, że śniadanie nie odbędzie się spokojnie, a zwiedzenie kopalni jest wykluczone. Znalazła argumenty na wszystko. I na cóż niszczyć śniadanie już niemal gotowe? Zwiedzenie kopalni odłożyć co prawda można, jeśli nie jest to dzisiaj możliwe.
— Zresztą — ciągnęła dalej, gdy garderobiana wyszła — wiesz, czemu chcę przyjąć tych ludzi. Małżeństwo to powinno by bardziej cię interesować jak wybryki robotników. Przy tym, chcę tego, proszę mi się nie opierać...
Spojrzała nań. Zadrżał na całym ciele, a rysy twarzy tego zamkniętego w sobie, żelaznego człowieka wyrażały teraz ból i rozpacz.
Siedziała z odkrytymi ramionami, ponętna, choć nieco przejrzała, a mąż uczuł na chwilę gwałtowną chęć pochwycenia jej w ramiona, złożenia głowy na piersiach tej zmysłowej kobiety. W pokoju panowała wysoka temperatura przesycona drażniącym zapachem piżma. Ale powstrzymał się. Od dziesięciu lat pani Hennebeau nie była jego żoną.
— Dobrze — odparł wychodząc — więc zostaje wszystko, jak było.
Pan Hennebeau urodził się w Ardenach. Jako sierota na paryskim bruku ciężkie przeszedł chwile i w niedostatku ukończył akademię górniczą, ale za to jako dwudziestoczteroletni chłopak został inżynierem w kopalni św. Barbary w Grand Combe. W trzy lata potem został naczelnym inżynierem kopalń Marles w Pas-de-Calais i tutaj ożenił się dzięki przypadkowi, który się często zdarza inżynierom górniczym, z córką bogatego właściciela tkalni z Arras. Przez piętnaście lat mieszkał z żoną w małym miasteczku prowincjonalnym, a monotonii ich życia nie przerwało nawet urodzenie dziecka. Pani Hennebeau uczuwała coraz to większą niechęć do męża. Wychowana w kulcie złota pogardzała człowiekiem, który nie mógł zaspokoić jej marzeń wyśnionych jeszcze w pensjonacie i pracować musiał z wysiłkiem za skromną pensję.
Był bardzo uczciwy i nie spekulował, ograniczając się jedynie na tym, że spełniał wiernie obowiązki swego stanowiska. Coraz większa odraza do męża ogarniała panią Hennebeau, która jak wiele blondynek była silnie zmysłowa, a on ją kochał dalej po swojemu. Doszło do rozdziału małżeńskiego, a pani wzięła sobie kochanka, o czym mąż nie wiedział. Wreszcie wyjechali do Paryża, gdzie Hennebeau dostał biurową posadę i był pewny, że żona mu za to będzie wdzięczna. Ale właśnie w Paryżu nastąpił ostateczny rozłam. Marzyła o tym świecie od dzieciństwa i w ciągu tygodnia stała się paryżanką z krwi i kości, ubierała wspaniale, wyrzucała pieniądze i wpadła w wir kosztownych zabaw i rozrywek. Dziesięć lat pobytu w stolicy wypełniła namiętność, jawny prawie stosunek z pewnym człowiekiem, a zerwanie omal jej nie zabiło. Tym razem mąż musiał się dowiedzieć, ale po kilku gwałtownych scenach pogodził się ze swym losem rozbrojony obojętnością i spokojem żony, która postanowiła żyć i używać na swoją rękę. Hennebeau, widząc, że choruje z rozpaczy po stracie kochanka, przyjął miejsce dyrektora kopalń Montsou w nadziei, że w ciszy i samotności prowincji pocznie inne życie.
Od chwili jednak zamieszkania w Montsou wróciła tylko nuda i podrażnienie pierwszych lat. Zrazu działała na nią uspokajająco ta olbrzymia równia. Uczuła się starą oderwaną od świata kobietą, której serce już zamarło. Ale zaraz potem wróciła gorączka, poczucie potrzeby życia, którą oszukiwała przez sześć miesięcy, meblując i urządzając mały domek dyrekcyjny. Mówiła, że jest obrzydliwy, i napełniła go błyskotkami bez wartości i zbytkownymi sprzętami, tak że mówiono o tym dziesięć mil wokoło. Teraz patrząc na pustą, ogołoconą z drzew równię, wiecznie czarne drogi, pełne ludności budzącej w niej obrzydzenie, wpadła w rozpacz. Poczęła oskarżać męża, że za nędzne czterdzieści tysięcy rocznej pensji, za marną jałmużnę nie wystarczającą na pokrycie wydatków domowych skazał ją na wygnanie. Czy nie mógł robić interesów jak inni, uzyskać udziału w interesach, wreszcie dojść do czegoś przez spekulację. Okrył się pancerzem chłodu urzędniczego, a w głębi serca pożądał tej kobiety coraz gwałtowniej. Obudziła się w nim późna namiętność, która zazwyczaj wyrasta z biegiem lat. Nie posiadł jej nigdy jako kochanki i dręczył się marzeniem, by mu się kiedyś oddała jak innym. Co rana marzył o tym, że zdobędzie ją wieczorem, ale spotkawszy zimny wzrok, poznawszy, że go nie cierpi, nie śmiał dotknąć nawet jej ręki. Było to cierpienie nieuleczalnie, ukryte pod pozorami sztywności i ugrzecznienia, ból trawiącej się samej w sobie miękkiej natury, którą ominęła szczęśliwość życia. Po urządzeniu domu pani Hennebeau zapadła w taką prostrację i nudę, że była przekonana, iż ją to zabije. Czuła nawet zadowolenie, że się tak stanie.