W tym czasie przybył do Montsou Paweł Négrel. Matka jego, wdowa po kapitanie z Prowansji, żyjąca w Awinionie ze szczupłej renty, musiała zadowolić się chlebem i wodą, by syna przepchać przez politechnikę. Opuścił ją ze złym świadectwem, a wuj Hennebeau wezwał go, by osiadł w Voreux jako inżynier kopalni. Odtąd Paweł traktowany był jak syn rodzony, miał swój pokój, stołował się tutaj, żył tu, tak że połowę pensji znacznej mógł posyłać matce. Dla utajenia tych dobrodziejstw pan Hennebeau mówił, że uciążliwe jest dla bezżennego człowieka prowadzić własne gospodarstwo w szczupłym domku dla inżynierów przeznaczonym. Pani Hennebeau przejęła się zaraz rolą czułej ciotki. Mówiła siostrzeńcowi: ty i czuwała nad nim. Zwłaszcza w pierwszych miesiącach troskliwość jej nie miała granic. Nie przestała być jednak kobietą i przekroczyła niedługo granice przyjaźni. Paweł, młody, praktyczny człowiek nie mający skrupułów, posiadający tak swobodne poglądy na miłość, bawił ją swym oryginalnym pesymizmem. Naturalnie padli sobie pewnego wieczora w objęcia, a pani Hennebeau zdawało się, że oddaje się z życzliwości, gdyż serce jej już wystygło, i może być tylko przyjaciółką Pawła. Nie była też zazdrosna, prześladowała go przesuwaczkami, które uważał za wstrętne, i gniewała się po prostu, że nie opowiada jej swych awanturek miłosnych. Potem z namiętnością chwyciła się myśli ożenienia go. Chciała się poświęcić i odstąpić go bogatej dziewczynie. Ale stosunek ich trwał dalej, pani Hennebeau uważała to za miłą rozrywkę i oddawała się jej z lekkomyślnością starzejącej się, bezczynnej a namiętnej kobiety.
Minęły w ten sposób dwa lata. Pewnej nocy usłyszał pan Hennebeau pod swymi drzwiami stąpanie bosych nóg i powziął podejrzenie. Oburzyła go nowa awantura miłosna żony w jego własnym domu, z człowiekiem, którego mogłaby była być matką. Ale właśnie nazajutrz sama powiedziała mu, że wybrała Cecylkę za żonę dla siostrzeńca. Zajęła się tym małżeństwem z takim zapałem, że zarumienił się sam, iż mógł ją posądzać. I uczuł wdzięczność dla Pawła, od przybycia którego w domu nie było tak bardzo smutno.
Wracając z garderoby żony, Hennebeau spotkał w przedsionku Pawła. Wracał właśnie z kopalni i był wesoły. Ten strajk bawił go.
— No? — spytał go wuj.
— Wszyscy zachowują się bardzo spokojnie. Cisza wszędzie, okna pozamykane, pewnie śpią. Przypuszczam tylko, że wyślą deputację.
W tej chwili zawołała go pani Hennebeau z pierwszego piętra.
— To ty, Pawle? Chodź no tu, opowiedz mi, co słychać nowego! Cóż to napadło tych ludzi, którym tak dobrze?
I dyrektor musiał zrezygnować z dalszych wieści, gdyż żona zabrała mu Pawła. Powrócił do swego biurka, na którym leżał znowu stos depesz.
Gdy Gregoire’owie zjawili się około jedenastej, oczekujący przed drzwiami wejściowymi lokaj Hipolit poprosił, by szybko weszli. Rozglądał się przy tym na prawo i lewo z taką trwogą, że pootwierali usta zdumieni. Żaluzje pokoju jadalnego były spuszczone, a gości poproszono do pracowni. Pan Hennebeau przepraszał za to uchybienie przepisom etykiety, ale nie należało ludzi prowokować, a właśnie okna jadalni wychodzą na ulicę. Gregoire’owie poczęli pytać przerażeni.
Ale uspokoili się wnet, dowiedziawszy się, że wybuchł strajk. Pan Gregoire wzruszył ramionami. Ba! To nic. Ludność tutejsza tak poczciwa! Żona jego przytakiwała także w zupełnym zaufaniu do stuletniej poddańczości górników, a Cecylka wyglądająca w swej ciemnej toalecie z sukna jak uosobienie zdrowia wesoła była bardzo i uśmiechnęła się, słysząc o strajku. Przyszły jej na myśl wizyty dobroczynne po koloniach.