Ukazała się niebawem pani Hennebeau, a za nią Paweł. Ubrana była w czarny jedwab. Od drzwi już mówić zaczęła.

— A to doprawdy obrzydliwi ludzie! Mogli przecież zaczekać. Wyobraźcie sobie, Paweł mówi, że nie możemy dzisiaj zwiedzić kopalni.

— Więc zostaniemy tutaj — odparł pan Gregoire z kurtuazją — i sprawi nam to doprawdy daleko większą przyjemność.

Paweł dość chłodno powitał Gregoire’ów i Cecylkę i dopiero, gdy ciotka spojrzała nań wymownie, wskazując oczyma dziewczynę, zbliżył się do niej. Za chwilę rozmawiali i śmiali się, a oczy pani Hennebeau spoczywały na nich z wyrazem macierzyńskiej czułości.

Tymczasem wśród ogólnej rozmowy kończył dyrektor przeglądanie depesz i pisanie odpowiedzi, a pani Hennebeau tłumaczyła gościom, że gabinet ten nie posiada nowego urządzenia, gdyż jej się wziąć do tego nie chciało. W istocie obicia były stare, wyblakłe, meble zużyte, staromodne mahoniowe i obrazy przyciemniałe.

Siedziano tu około trzech kwadransów, gdy kamerdyner zaanonsował pana Deneulin.

— A, jesteście? — rzekł ujrzawszy Gregoire’ów. Potem żywo zwrócił się do dyrektora:

— Więc do tego doszło? Właśnie dowiedziałem się od mego inżyniera. U minie dzisiaj robota nie stanęła, ale bezrobocie rozszerzyć się może łatwo... to mnie nie uspokaja. No i cóż słychać u was?

Przyjechał konno, a podniecenie jego zdradzało się w zbyt głośnej mowie i ruchach przypominających bardziej niż zazwyczaj wysłużonego oficera konnicy.

Pan Hennebeau począł mu opowiadać, co się dzieje, ale Hipolit otworzył drzwi do jadalni. Przerwał przeto i rzekł: