— Proszę, siądź pan z nami do stołu. Opowiem resztę przy deserze.
— I owszem, jeśli pan łaskaw — odparł Deneulin tak zajęty, że zapomniał o ceregielach.
Przypomniał sobie zaraz swój nietakt i zwrócił się do pani domu z przeproszeniem. Była dziś nader łaskawa. Położono siódme nakrycie i wskazano gościom miejsca. Pani Hennebeau rzekła z uśmiechem, gdy po zupie poczęto roznosić przystawki.
— Wybaczcie moi państwo, chciałam wam dzisiaj zastawić ostrygi, bo właśnie w poniedziałki przywożą do Marchiennes świeże z Ostendy, umyśliłam więc posłać powozem kucharkę... Ale bała się, że ją obrzucą kamieniami.
Przerwał jej śmiech chóralny. Wszystkim prócz pana Hennebeau wydało się to komiczne.
— Pst! — szepnął zaniepokojony, wskazując na okna. — Lepiej, by ci ludzie nie wiedzieli, że mamy u siebie gości.
— No, no, jednak widzę tu kawałeczek kiełbasy, którego oni nie dostaną.
Zaśmiano się znowu, ale dużo ciszej. Goście czuli się doskonale w tej sali pokrytej holenderskimi tapetami, zastawionej starymi doborowymi meblami. Srebra połyskiwały poprzez szklane tafle kredensu, a nad stołem zwisała miedziana lampa, w której bani polerowanej odbijały się kwiaty zdobiące stół. Na dworze wiał zimny, północny wiatr, tu jednak nie dochodził jego powiew, gorąco było jak w cieplarni i pachniały ananasy pokrajane w plasterki leżące na kryształowej misie.
— Czy można spuścić firanki? — spytał Paweł, chcąc napędzić strachu Gregoire’om.
Pomagająca lokajowi pokojówka wzięła to za rozkaz i zasłoniła okna. Dało to hasło do nieustannych żartów, poczęto z nadzwyczajną ostrożnością brać do rąk i stawiać szklanki, noże, widelce, a każdą nową potrawę witano jakby coś cennego, co uszło grabieży w złupionym mieście. Ale na dnie tej sztucznej wesołości leżał głuchy niepokój, co się przejawiało ukradkowymi spojrzeniami rzucanymi do okna, jak gdyby przez nie zaglądał tłum zgłodniałych.