— Splądrują Piolaine? — krzyknął przerażony. — I czemuż to?
— Czyż nie jesteś pan akcjonariuszem Montsou? Nic pan nie robisz, żyjesz z pracy innych. Wreszcie jesteś pan przedstawicielem owego znienawidzonego kapitału. To im wystarczy. Bądź pan pewny, że gdyby rewolucja odniosła zwycięstwo, zabrano by panu majątek jako skradzione dobro ogółu.
Z twarzy Gregoire’a znikł uśmiech i dziecięca ufność. Wybąknął blady, przerażony:
— Mój majątek... skradzione dobro ogółu? Czyż nie zapracował ciężko mój pradziad na pieniądze, za które swego czasu kupił udział w Montsou? Czyż nie ponosiliśmy ryzyka przedsiębiorstwa? Czy ja trwonię moją rentę na zbytki?
Pani Hennebeau postanowiła zapośredniczyć, widząc, że matka i córka zbladły także.
— Ależ moi państwo — rzekła — Paweł żartuje tylko!
Pan Gregoire jednak nie mógł przyjść do siebie. Lokaj podał mu półmisek raków, wziął więc trzy, nie wiedząc, co robi, i począł szczypce rozgryzać zębami.
— Ach — wykrzyknął po chwili, rzucając gorącego raka. — Wiem ja dobrze, że wśród akcjonariuszów zdarzają się nicponie. Wiem też, że dawano ministrom denary za usługi oddawane Kompanii. Znam sam wysoko postawioną osobistość, której nazwisko przemilczę, zadowalając się tylko wzmianką, że jest to książę krwi, największy spośród akcjonariuszów. Życie tego człowieka jest jednym wielkim skandalem, jednym ciągiem szalonego wyrzucania pieniędzy na kobiety, wybryki i bezpożyteczny zbytek. Ten — jest winien. Ale my, ludzie skromni, żyjący cicho, bez zgorszenia innych, my, ludzie uczciwi, nie wdający się w spekulacje, zadowalający się małym i oddający część dochodu biednym!... Ha, ha, ha... nie kpij pan. Wasi robotnicy musieliby być ostatnimi szubrawcami, gdyby mi zabrali choćby jedną szpilkę!
Négrel, którego ubawił strach Gregoire’a, począł go teraz sam uspakajać. Obnoszono raki, słychać było chrzęst skorup, a rozmowa zeszła na politykę. Drżący jeszcze mimo wszystko pan Gregoire oświadczył, że jest liberałem i żałuje mocno ustąpienia Ludwika Filipa. Deneulin przeciwnie był zwolennikiem żelaznej ręki i biadał, że cesarz wszedł na śliską drogę koncesji.
— Wspomnijcie państwo rok 1789 — prawił. — Wówczas szlachta była współwinna, bo poczęła gustować w nowinkach filozoficznych i umożliwiała rewolucję. Dziś podobnie postępuje mieszczaństwo, entuzjazmując się nierozsądnie liberalizmem i podobnymi ideami dążącymi do obalenia wszystkiego, co istnieje. Owo kokietowanie z ludem zemści się niechybnie. Lud, ten potwór nienasycony, ostrzy już zęby, którymi nas poszarpie. O, możecie być państwo pewni, że zębów tych nie ujdziemy!