Damy przerwały mu i pragnąc zmienić temat rozmowy, poczęły pytać o córki. Łucja pojechała do Marchiennes do swej przyjaciółki śpiewać, Janka maluje głowę starego żebraka.

Odpowiadał z roztargnieniem, nie odrywając oczu od dyrektora, który nie biorąc udziału w rozmowie, zagłębił się w depeszach. Deneulin czuł, że są to rozkazy rady nadzorczej, że zadecydują o losach strajku, więc nie mógł powstrzymać się i spytał:

— Cóż pan zamierza?

Hennebeau drgnął, a po chwili dał wymijającą odpowiedź:

— Nie wiem, zobaczymy.

— To prawda — odparł Deneulin myśląc głośno — wy macie twarde kości, możecie czekać, ale ja zginę, jeśli strajk obejmie Vandames. Cóż mi z tego, że wyreparowałem Jean-Bart! Utrzymać się mogę jedynie produkując bez przestanku. Ach, wierzcie mi państwo, nie mam powodu radować się... o nie!

To mimowolne wyznanie uczyniło wrażenie na dyrektorze. Na wypadek, gdyby strajk miał przybrać groźne rozmiary, można by go wyzyskać w ten sposób, by przeciągnął się aż do ruiny sąsiada, a potem kupić tanio jego koncesję. To sposób wyborny wkupienia się w łaski rady nadzorczej, pałającej od szeregu lat chęcią nabycia Vandames.

— Jeśli panu Jean-Bart sprawia kłopot — rzekł — czemuż go pan nam nie sprzeda?

Deneulin pożałował już swej skargi i krzyknął:

— Póki żyję... nie!