Właśnie tego poniedziałku przyszedł nowy list z Lille. Był sam z Maheudą w domu. Maheu znudzony bezczynnością poszedł pod szluzę kanału łapać ryby. Gdyby mu się udało, można by sprzedać i mieć za to talerz zupy. Stary Bonnemort i Jeanlin poszli próbować swych świeżo wyreparowanych nóg, a dzieci i Alzirę wysłała matka na wał zsypiska, by zbierały kawałki węgla. Przy dogasającym ognisku siedziała Maheude sama ze Stelką u piersi.
Gdy Stefan list skończył czytać, spytała:
— Cóż, dobre wieści? Przyślą pieniędzy?
Zaprzeczył głową, a Maheude rzekła:
— Nie wiem, jak przetrwamy ten tydzień... No jakoś się musi przetrzymać! Gdy się ma słuszność, nie brak odwagi... bo zawsze w końcu zwyciężyć się musi... prawda?
Była teraz za wytrwałym strajkowaniem. Naturalnie o wiele lepiej by było, gdyby Kompanię można zmusić bez tego do podwyższenia płac, ale gdy się już raz złożyło kilofy, to brać ich do ręki nie można przed uzyskaniem tego, czego się żąda.
Energia jej była niezłomna. Wolała raczej zginąć, jak poddać się.
— Ach! — wykrzyknął Stefan. — Chciałbym, by wybuchła porządna cholera i uwolniła nas od tych wyzyskiwaczy.
— Nie, nie — odparła — nie należy nikomu życzyć śmierci. Zresztą nie na wiele by się to zdało, miejsca zmarłych zajęliby drudzy, gorsi może jeszcze. Ja pragnę, by przyszli do rozumu i mam na to nadzieję! Przecież wszędzie trafiają się ludzie dobrzy... Wie pan, że jestem przeciwna pańskiej polityce.
Nie pochwalała gwałtownych przemówień Stefana. Chciała tylko, by za pracę płacono, ile warta... i po cóż się troszczyć o sprawy takie, jak bogacze... rząd?... To są cudze sprawy, a mieszając się do nich, można jeszcze co oberwać. Szanowała zresztą młodego człowieka za jego trzeźwość i punktualność w płaceniu, więc przebaczała mu jego politykę.