I poszedł, ćmiąc papierosa, jak zawsze uparty i łagodny zarazem.

Stefan był coraz niespokojniejszy. Wybiła pierwsza. Pluchart pewnie zawiedzie. Około pół do drugiej poczęli schodzić się delegowani, musiał ich więc przyjmować i kontrolować zaproszenia, gdyż obawiał się, że Kompania naśle swych szpiegów. Bez zaproszenia wpuszczał tylko znanych dobrze osobiście górników. O drugiej ujrzał Rasseneura, który wypalił sobie spokojnie fajkę u bufetu, nim wszedł do sali. Oburzyła go do reszty owa pewność siebie, będąca wyzwaniem, zwłaszcza że zjawiło się równocześnie kilku dowcipnisiów jak Zachariasz, Mouquet i ich paczka, którym nie był w głowie strajk, tylko wybryki wszelakie. Radzi, że nic nie robią, zasiedli u stołów, przepijając ostatnie grosze i kpiąc z innych, biorących sprawę z tragicznej strony.

Czas mijał, poczynano się już niecierpliwić w sali. Stefan machnął ręką rozpaczliwie i już miał otworzyć zgromadzenie, gdy pani Désir wyglądając oknem krzyknęła:

— Jest, jest, przyjechał!

Istotnie przyjechał Pluchart bryczką. Z koni buchała para. Wyskoczył i począł się witać. Był to szczupły, nieco pretensjonalny człowiek, o za wielkiej nieco może, kwadratowej głowie, ubrany w czarne sukienne ubranie dobrze się mającego robotnika. Od pięciu lat nie wziął w rękę pilnika, fryzował się, muskał i dumny był ze swej swady. Pozostała mu tylko pewna niezręczność ruchów i paznokcie u wielkich rąk, spiłowane swego czasu, rosnąć już nie chciały. Czynny, sprytny niezmordowanie jeździł po całym kraju i agitował bez wytchnienia.

— Nie bierzcie mi za złe! — począł, uprzedzając zarzuty. — Wczoraj konferencja w Preuilly, wieczór zgromadzenie w Valencay, dziś rano jadłem śniadanie z Sauvagnatem w Marchiennes... Ledwo dopadłem wózka. Wyczerpany jestem, zachrypły, ale to nic, będę mówił.

Miał wejść, gdy coś mu wpadło do głowy.

— Ach, gdzież legitymacje, byłbym zapomniał! A to byłoby pięknie!

Pobiegł do wózka zataczanego właśnie do stajni, wyjął szkatułkę czarną i wziął ją pod pachę.

Stefan szedł za nim rozpromieniony, zaś Rasseneur ledwie śmiał podnieść oczy na Plucharta, który zbliżył się doń i przelotnie podając mu rękę, szepnął: — Co za śmieszny pomysł. Dlaczegóż nie zwoływać zgromadzeń? Ile razy trafia się sposobność, trzeba to robić zawsze! Pani Désir zapraszała, by coś przekąsił lub wypił, ale powiedział, że niegłodny, a z zasady nie pije przemawiając. Zresztą śpieszno mu bardzo, gdyż wieczór ma stanąć w Joiselle, by omówić różne sprawy z obywatelem Legoujeux. — Gromadką wraz z Maheuem i Levaque’em, którzy właśnie nadeszli, wkroczyli do sali, po czym zamknięto ją na klucz, by ktoś niepowołany nie wtargnął. Dało to dowcipnisiom asumpt do żarcików, że pewnie tam w sali porodzi zgromadzenie dziecko. Zachariasz i Mouquet śmiali się najgłośniej.