— Ogniem, trucizną, sztyletem! Zabójca jest prawdziwym bohaterem, mścicielem społecznym, jedynym rewolucjonistą czynu, nie czerpiącym myśli z bibuły. Powódź zamachów musi przerazić mocarzy i zbudzić lud ze snu!

Twarz Souvarina stała się straszną. W uniesieniu wstał z krzesła, oczy jego miotały pioruny, a ręce wpiły się w brzeg stołu. Z przerażeniem patrzył nań Stefan, a na myśl mu przyszły zasłyszane pogłoski o minie pod pałacem carskim, o zarżnięciu dyrektora policji, o kochance Souvarina, jedynej kobiecie, którą kochał, powieszonej w Moskwie pewnego jesiennego poranka, o tym, jak ponad głowami tłumu zamieniła ze swym ukochanym ostatnie miłosne spojrzenie.

— Nie, nie! — wymruczał, energicznym gestem odpędzić usiłując straszne obrazy. — Do tegośmy jeszcze nie doszli! Zabijać? Palić? Przenigdy! Nie, to jest podłe, niesprawiedliwe! Robotnicy oburzyliby się i sami zamordowali takiego potwora.

Nie mógł tego pojąć, rasowe instynkty sprzeciwiały się idei zniszczenia, zmiecenia życia z ziemi. I cóż potem? Jak powstanie świat nowy?

— Objaśnij mi swój program. Chcę wiedzieć, do czego zmierza, nim go uznam.

Ale Souvarine zamknął dyskusję. Znowu łagodny, rozmarzony spoglądał kędyś w dal i rzekł:

— Zbrodnią jest wszelkie konstruowanie sztuczne przyszłości, gdyż to przeszkadza niszczeniu, tamuje rozmach rewolucji.

Stefan roześmiał się, choć równocześnie wstrząsnął nim dreszcz zimny. Wyznać sobie przy tym musiał, że było w tym wiele prawdy, pociągała go przy tym owa straszliwa prostota czynu. Tylko zalecając podobne postępowanie strajkującym, dałoby się zbyt łatwe zwycięstwo Rasseneurowi. Teraz należy być praktycznym.

Pani Désir zaprosiła ich na śniadanie. Poszli do bufetu oddzielonego w dni powszednie przepierzeniem od sali balowej. Zjedli jajecznicę i ser, a Souvarine mimo próśb Stefana wybierał się do domu.

— I po cóż mam słuchać waszych dzieciństw i głupstw? Mam tego dość. Bądź zdrów!