— Nie, nie, ja chcę inaczej! Wiesz, że schnę z tęsknoty za tym. Taką by mi to sprawiło radość!

Istotnie, od pół roku prosiła, by ją kochał. Przytulała się doń coraz to silniej, oplatała rękami, wznosiła nań oczy z takim błaganiem o miłość, iż go to rozczuliło. Okrągła pełna twarzyczka jej o cerze zniszczonej węglem nie miała w sobie nic pociągającego, ale oczy błyszczały, a od całej postaci bił taki żar pożądania, iż wydała mu się ładna. Nie miał zresztą siły odmawiać tak pokornie wyrażonej prośbie.

— Godzisz się! Nareszcie się godzisz! — zawołała.

Oddała mu się z taką niezręcznością i dziewiczym zakłopotaniem, jak gdyby pierwszy raz miała do czynienia z mężczyzną. Gdy odchodził, obsypywała go wyrazami wdzięczności, dziękowała, całowała go po rękach.

Stefan wstydził się poniekąd tej przygody. Nie było się co chwalić, iż posiadł Mouquette. Odchodząc poprzysiągł sobie, że nie wróci. Mimo to jednak wdzięczność czuł pewną dla tej dobrej dziewczyny.

Wróciwszy do kolonii, usłyszał nowinę, wobec której zapomniał o wszystkim. Rozeszła się pogłoska, że Kompania zgodziłaby się na ustępstwa, gdyby delegaci raz jeszcze zgłosili się do dyrekcji. W rzeczy samej w walce tej traciło towarzystwo więcej jeszcze jak mrący z głodu górnicy. Zapamiętałość spowodowała obustronną ruinę. Każdy dzień strajku kosztował setki tysięcy. Maszyny obumarłe nie amortyzowały się, narzędzia niszczały, unieruchomiony ogromny kapitał znikł, jakby go pochłonęła ziemia. Po wyczerpaniu się zapasów odbiorcy poczęli grozić, że zwrócą się do Belgii, co stanowiło wielkie niebezpieczeństwo na przyszłość. Co jednak głównie panicznym strachem przejmowało dyrekcję, choć starała się to ukryć, to ciągłe psucie się i częściowe zapadanie galerii i sztolni. Dozorców było za mało, belki pękały, skały rysowały się i spadały co godzina niemal. Niedługo szkody urosną do tego stopnia, że cały miesiąc zejdzie na naprawkach, nim się zacznie wydobywać węgiel. Obiegały po okolicy wieści. W Crèvecoeur miał się zapaść chodnik na przestrzeni trzystu metrów i zamknął dostęp do sztolni Cinque Paumes, w Madeleine sklepienie sztolni Maugrétout spękało i chodnik napełnił się wodą. Dyrekcja kryła to długo, aż w końcu prawda wyszła na jaw wobec dwu wypadków, które zdarzyły się jeden po drugim w krótkich odstępach czasu. Jednego dnia, niedaleko Piolaine pękła powierzchnia ziemi wprost nad północną galerią kopalni Mirou i zasypała ją, a niedługo potem nastąpiło w Voreux wewnętrzne oberwanie się skał i zatrzęsło całym Montsou, tak że zapadły się niemal całkiem w głąb ziemi dwa domy.

Stefan i delegaci wahali się uczynić ponowny krok, nie znając zamiarów dyrekcji. Dansaert zapytany dawał wymijające odpowiedzi. Rzeczywiście dyrektor ubolewa nad tym, będzie się starał doprowadzić do ugody, ale bliższych szczegółów nie zna. W końcu postanowili pójść do pana Hennebeau, by nie mieć na sumieniu, że zaniedbali czegoś, że nie dali sposobności przeciwnikom do wyznania, iż nie mieli słuszności. Zaprzysięgli tylko przedtem, że od żądań nie ustąpią i utrzymają je w całej rozciągłości.

Spotkanie odbyło się we wtorek, w dzień kiedy nędza górników doszła do zenitu. Przemawiano do siebie mniej uprzejmie niźli za pierwszym razem. Maheu przemawiał znów i oświadczył, że wysłano ich, by zapytali, czy dyrekcja nie ma im co nowego do powiedzenia. Pan Hennebeau wyraził zrazu swe zdziwienie.

Nic nowego się nie stało i stać się nie może, póki robotnicy trwać będą w swym uporze. To szorstkie oświadczenie wytworzyło najgorszy nastrój i gdyby nawet delegaci przyszli z najlepszymi zamiarami, musiałoby ich podniecić do wytrwania przy swoim. W końcu dyrektor oświadczył, że chcąc stworzyć podstawę do ugody proponuje, by górnicy przyjęli oddzielną zapłatę za stemplowanie, a Kompania podniesie płace od wózka o te dwa centimy, które rzekomo zarabia przy nowej taryfie. Dodał zaraz, że proponuje jedynie od siebie, bo nic nie postanowiono, ale ma nadzieję uzyskać tę koncesję w Paryżu. Delegaci odrzucili propozycję i powtórzyli swe żądania przywrócenia dawnej taryfy i podwyższenia płacy od wózka o pięć centimów. Wobec tego przyznał się pan Hennebeau, że jest upoważniony zawrzeć ugodę wedle swej propozycji i namawiał, by się zgodzili i nie skazywali żon i dzieci na śmierć głodową. Z oczami w podłogę utkwionymi, nie ustępowali i na wszystko odpowiadali zdziczałymi, twardymi głosami: Nie. Pożegnanie nie było przyjacielskie, pan Hennebeau zatrzasnął drzwi, a delegaci odeszli, dudniąc po bruku trzewikami z wściekłością zwyciężonych, doprowadzonych do ostateczności.

Około drugiej kobiety kolonii uczyniły krok dla skłonienia do uległości Maigrata. Nie było innej nadziei, jak zmiękczenie serca tego człowieka i uzyskanie kredytu. Taki pomysł przyszedł do głowy Maheudy ufającej dobroci serca ludzkiego. Namówiła Brûlé i Levaque, ale napotkała na odmowę pani Pierron, która się tłumaczyła, że nie może zostawić męża ciągle jeszcze chorego. Przyłączyły się do nich inne kobiety i ruszyły w dwadzieścia może, a mężczyźni, widząc, jak kroczą ulicą nędzne i ponure, potrząsali z niepokojem głowami.