Drzwi zamykano z pośpiechem, jakaś mieszczka schowała srebro.

Widziano je w takiej sytuacji po raz pierwszy i obawiano się, że rzecz skończy się źle. Zazwyczaj śmiano się, widząc włóczące się po ulicach kobiety. U Maigrata rozegrała się gwałtowna scena. Zrazu zaprosił je uprzejmie, by weszły, śmiał się zjadliwie i udawał, iż myśli, że przyszły popłacić długi. Pięknie to doprawdy, że zebrały się razem, by mu zapłacić i podziękować. Po rozmowie z Maheudą udał, że wpada w gniew. Co? Czyż drwią z niego? Żądają kredytu, chcą go puścić z torbami? Nie, nie da ni ziemniaka, ni okruszyny chleba! Niech idą do Verdonka i obu piekarzy skoro tam poczęły teraz brać. Kobiety słuchały trwożnie, pokornie, tłumaczyły się, patrzyły mu w oczy, szukając tam nadziei, że się da ubłagać. Począł znów żartować i ofiarował Brûlé cały sklep, jeśli go weźmie za kochanka. Tak straciły męstwo, że się roześmiały, a Levaque poszła nawet dalej i ofiarowała się zastąpić Brûlé. Począł gadać grubiaństwa i popychać kobiety ku drzwiom. Gdy nie ustępowały, dał jednej w twarz. Wyszły, ale z daleka krzyczały, że się zaprzedał Kompanii, a Maheude, wzniósłszy ręce w górę, przeklinała go i życzyła śmierci, bo człowiek taki nie wart, by miał co jeść.

Powrót był smutny. Mężczyźni spojrzeli na ich puste ręce i zwiesili głowy. Wieczór zapadał, więc znowu kłaść się trzeba bez łyżki strawy! Przyszłość wydała im się straszna, czarna, bez promyka nadziei. Ale sami tego chcieli, toteż nikt nie pisnął o poddaniu się, nadmiar nędzy uczynił ich tylko dzikimi, jak zwierzęta ścigane, i woleliby byli teraz umrzeć, jak wyjść z domu. Poprzysięgli solidarność i tej solidarności dotrzymywali zarówno tu, jak i w kopalni, gdy jednemu koledze zdarzyło się nieszczęście. Inaczej być nie mogło, przeszli dobrą szkołę i umieli walczyć z losem. Od dwunastego roku życia hartowali się w ciężkiej pracy, więc nietrudno im było dać sobie radę z buntującym się żołądkiem, przeciwnie umacniało ich to jeszcze w wierze w swe siły i dumie i zagrzewało do ofiarności i walki.

Wieczór ten był dla Maheuów ciężki. Siedząc dokoła wygasłego ogniska, na którym tliły ostatnie kawałki węgla, milczeli wszyscy. Wypróżniwszy materace, zdecydowano się przed dwoma dniami sprzedać zegar z kukułką, a izba bez jego tykotu wydawała się tym zimniejsza i pustsza. Na pustej szafarni stało już tylko różowe pudełko, skarb Maheudy, podarek od męża. Oba lepsze stołki sprzedano, a dziadek i dzieci siedzieli ściśnieni na starej, omszonej ławce przyniesionej z ogrodu. Zapadał zmierzch szary, od którego zimniej się jeszcze robiło.

— Co począć? — spytała Maheude skulona w kącie na ziemi pod kominkiem.

Stefan patrzył na portrety cesarza i cesarzowej przylepione na ścianie. Byłby je dawno sprzedał, gdyby nie opór ojca Maheu. Syknął tylko przez zęby.

— Prawda, za te głupie mordy, które gapią się na naszą nędzę, nie dałby nikt ni dwu sous.

— Może by sprzedać pudełko? — rzekła po chwili z wahaniem Maheude.

Maheu, siedzący na brzegu stołu ze zwieszonymi nogami i opuszczoną na piersi głową, wyprostował się i odparł:

— Nie, nie chcę.