— Tak, tak, w Vandame! I ja się stawię!

— Wszyscy się stawimy! — krzyknęła Maheude. — Musi raz skończyć się ta niesprawiedliwość i zdrada!

Stefan podjął się powiadomić kolonie, by stawiły się w Vandame wieczorem, a że właśnie światło zagasło, przeto po omacku udano się do zimnych łóżek. Dzieci płakały.

VI

Jeanlin wydobrzał i mógł chodzić, ale nogi tak licho złożone były, że kulał na obie. Dziwnie wyglądał, zataczał się jak beczka, ale to nie przeszkadzało mu biegać jak dawniej i popełniać mnóstwa szelmostw.

Tego wieczora stał Jeanlin na czatach przy drodze wiodącej do Requillart, a u boku miał swych nieodstępnych towarzyszy, Béberta i Lidię. Schowali się wszyscy troje za płot, naprzeciw kramu stojącego na rozstaju, gdzie ścieżka zbiegała się z drogą. Stara, na pół oślepła kobieta miała tam na sprzedaż parę worków soczewicy i bobu, ale Jeanlin głównie miał apetyt na wiszący na drzwiach stary kawał sztokfisza oprószony z lata jeszcze i popstrzony przez muchy. Dwa razy już wysłał Béberta, by go porwał, ale zawsze ktoś zjawił się na zakręcie drogi. Ciągle przeszkody, a człek nie może spokojnie załatwiać swych spraw.

Ukazał się jeździec na koniu, a urwipołcie przykucnęli za płotem poznawszy pana Hennebeau. Jeździł często sam poprzez strajkujące kolonie, by przekonać się naocznie o stanie rzeczy. Nigdy nie przeleciał mu mimo uszu kamień, wszędzie panowało milczenie, spotykał czasem małe grupki robotników, kłaniali mu się nawet, choć z pewnym wahaniem, najczęściej zaś widywał miłosne pary, które nie troszcząc się o politykę używały życia i wolnego czasu. Spokojnym kłusem, nie patrząc ni w prawo, ani lewo, by im nie przeszkadzać, przejeżdżał mimo, a serce mu wzbierało zazdrością. Dostrzegł urwisów skulonych za płotem, uprawiających swe zwyczajne igraszki. Więc nawet ci malcy, ci nędzarze mogli się oddawać miłości jemu wzbronionej. Oczy mu zaszły łzami, ale ani drgnął, sztywny, zapięty po wojskowemu w obcisły surdut pojechał dalej.

— Przeklęta robota... nie skończy się dziś to wałęsanie? — syknął Jeanlin. — No teraz idź, Bébert, pociągnij za ogon... tylko mocno!

Ale zjawiło się dwu mężczyzn i Jeanlin zaklął, rozpoznawszy Zachariasza z Mouquetem. Zachariasz opowiadał przyjacielowi, że znalazł zaszytą w sukni żony dwufrankówkę. Klepali się po plecach, a Mouquetowi przyszło na myśl, by jutro urządzić grę w piłkę na wielką skalę. Zaproponował, by wyruszyli o drugiej po południu od Rasseneura i poszli na Montoire do Marchiennes. Zachariasz przystał. Nudny był ten cały strajk i po cóż zresztą domagać się czegoś, czego wymusić nie można? Skręcili w bok i spotkali Stefana wracającego z Montsou drogą ponad kanałem. Stanęli i poczęli z nim rozmawiać.

— Psiakrew, chcą tu nocować widocznie! — burknął Jeanlin. — Niedługo nadejdzie czas zamykania i stara pozabiera swoje rupiecie!