Drogą ku Requillart nadszedł inny robotnik. Stefan przyłączył się doń i gdy obaj przechodzili koło płotu, Jeanlin usłyszał, że mówią o zgromadzeniu w lesie. Musiano odłożyć je na jutro, skutkiem niemożności zawiadomienia wszystkich kolonii w tak krótkim czasie.

— Słyszycie? — szepnął Jeanlin swym wspólnikom. — Jutro będzie ta wielka awantura w lesie. Musimy tam iść. Ruszymy zaraz po południu.

Na drodze nikogo teraz nie było, popchnął więc Béberta i rzekł:

— Ostro tylko! Szarpnij za ogon i w nogi! Pamiętaj, że stara ma kij!

Na szczęście ściemniło się bardzo. Bébert skoczył, zawisł u ogona ryby. Sznurek pod jego ciężarem urwał się, a chłopak umknął wywijając w powietrzu zdobyczą. Reszta wspólników pobiegła w jego ślady. Kramarka zdziwiona ukazała się w progu. Nie wiedziała, co zaszło, i nie mogła dostrzec rabusiów, gdyż znikli w mroku.

Nicponie stali się postrachem całej okolicy. Zagony swe rozpuszczali coraz to szerzej, kradli jak banda rabusiów. Zrazu operowali w samej tylko Voreux, staczali się po zboczach stosów węgla, a potem czarni jak Murzyni bawili w chowanego wśród ogromnych zapasów gnijącego na deszczu drzewa, gdzie zgubić się można było jak w lesie. Brali szturmem wał zsypiska i na pośladkach zsuwali po jego stokach gorących od tlejącego w głębi miału węglowego. Wreszcie kryli się w zaroślach porastających starsze partie wału i oddawali się po całych dniach różnym zabawom, jakie im na myśl przyszły. Potem poczęli zapuszczać się coraz dalej, zabawiali się pośród cegieł, rzucali nimi do celu, raniąc się przy tym nieraz, zbierali po łąkach i jedli bez chleba nawet przeróżne zielska, wybierali ze zbiorników ryby i pożerali je na surowo, i zachodzili nieraz aż do położonego o kilka kilometrów lasu Vandame, gdzie objadali się poziomkami na wiosnę, a orzechami i różnymi jagodami w lecie i jesieni.

Jak młode wilki, chwytali wszystko, co im wpadło w rękę, i złodziejskie ich sztuczki były nieraz niezwykle chytrze obmyślane. Przywódcą był Jeanlin. Urządzał wyprawy, operował swą armią, która niszczyła grządki w ogrodach, wystawy sklepowe, i grasował z taką gorliwością, że w całej okolicy poczęły podnosić się skargi, narzekania i ogólnie obwiniano strajkujących o te rabunki. Wydawało się wszystkim, że mają do czynienia z wielką dobrze zorganizowaną bandą. Raz Jeanlin zmusił Lidię do okradzenia swej matki. Wysłał ją, by skradła kilka tuzinów karmelków, które pani Pierron trzymała za oknem. Matka wybiła dziewczynę, ale mała nie zdradziła Jeanlina, którego bała się niezmiernie. Najgorsze było jednak to, że brał zawsze z łupu lwią część. Bébert musiał mu oddawać też swą zdobycz i czuć się jeszcze zadowolony, jeśli nie dostał przy tej okazji w twarz.

W ostatnich czasach Jeanlin przebrał już miarkę. Bił Lidię, jak bić zwykło się swą legalną małżonkę, a Béberta wikłał naumyślnie w nieprzyjemne sprawy. Sprawiało mu radość, gdy wyzyskując łatwowierność chłopca dużo od siebie silniejszego, mógł go wyklarować na durnia. Pogardzał obojgiem i traktował ich jak swych niewolników. Opowiadał, że jego kochanką jest księżniczka, przed którą stanąć nawet nie są godni. W istocie zachowywał się dziwacznie. Zabierał zazwyczaj zdobycz, nakazywał im ze srogą miną wracać do domu, a sam nikł gdzieś nagle, jakby wpadał w ziemię.

I dziś się tak stało.

— Oddaj! — krzyknął i wydarł rybę z rąk Béberta, gdy zatrzymali się nareszcie na zakręcie drogi do Requillart wiodącej.