— Przeklęta żmija! — syczał przez zęby Stefan. — Gdzież on lezie?
Dwa razy omal że nie spadł Stefan. Nogi ślizgały mu się po przegniłych szczeblach. Nie mając światła, uderzał się ciągle o skały. Nikły blask świecy posuwającej się ciągle w dół nie dochodził do niego. Już przebył ze dwadzieścia drabin, a wędrówka trwała dalej. Począł liczyć, naliczył kilka nowych, Jeanlin szedł dalej. Wreszcie gdy minął trzydziestą, ujrzał, że światło zwróciło się w jedną z bocznych galerii. Trzydzieści drabin, to znaczyło mniej więcej głębokość 210 metrów.
— Ciekawym, jak daleko jeszcze pójdzie? Pewnie chce się skryć w stajni.
Ale drogę na lewo, wiodącą do stajni, zabarykadowały oberwane ze sklepienia skały. Rozpoczęła się nowa podróż trudniejsza jeszcze. Spłoszone nietoperze zrywały się ze sklepień. Stefan musiał się śpieszyć, by nie stracić go z oczu. Wbiegł w galerię, ale gdzie Jeanlin prześlizgiwał się jak wąż, Stefan, człowiek dorosły, kaleczył się i nabijał sobie sińce. Jak wszystkie stare galerie, tak i ta, którą szedł Stefan, uległa zgnieceniu częściowemu pod naporem ustawicznym ogromnych mas skalnych i miejscami pozostała tylko wąska kiszka, a łatwo było przewidzieć, że niedługo zamknąć się musi. Przy tym popękane stemple ostrymi jak noże złomkami zagradzały często drogę. Posuwać się musiał teraz z najwyższą ostrożnością na kolanach, często na brzuchu i rękami macać drogi w ciemności. Nagle stado szczurów w szalonej ucieczce przebiegło przez niego.
— Do stu tysięcy! Kiedyż będzie koniec tego wreszcie! — mruknął zdławionym głosem.
Już właśnie byli na miejscu. Galeria rozszerzyła się nagle. Była to w wyśmienitym stanie znajdująca się droga jezdna, tworząca wśród pozgniatanych partii dalszych rodzaj groty. Stefan zobaczył, że malec przystanął, świecę wstawił między kamienie i rozgląda się po grocie z lubością, jak człowiek, który wreszcie znajduje się u siebie. Jeanlin istotnie zmienił galerię w przyzwoite mieszkanie. W kącie kupa siana zapraszała do spoczynku, na stole utworzonym z kawałków drzewa było dużo smakołyków, chleb, jabłka, kilka flaszek jałowcówki, jaja. Była to jaskinia złodziejska z nagromadzonym od tygodni łupem, wśród którego znajdowały się też rzeczy zgoła niepotrzebne, ściągnięte tylko dla przyjemności, a więc mydło i czernidło do butów. Malec siedział i z rozkoszą spoglądał na swe skarby.
— A hultaju jeden! — krzyknął Stefan, wysapawszy się. — To ty opływasz tu we wszystko, gdy my tam przymieramy głodem?
Jeanlin, zrazu przerażony, uspokoił się, poznawszy Stefana.
— Przekąsisz co? — spytał. — Smakowałby ci może kawałeczek sztokfisza i kieliszeczek gorzkiej?
Począł zaraz oskrobywać rybę z brudu i pomiotu muszego ładnym, nowym nożykiem w rodzaju sztyletu o kościanej rączce. Nożyki takie zwykle noszą różne napisy. Na nożyku chłopca widniało wycięte słowo: Miłość.