Deneulin mówił dalej. Opowiadał o swej ciągłej walce z Kompanią Montsou, która czyha tylko na tę chwilę, gdy kark skręci skutkiem najlżejszej nieostrożności. Wobec tej dzikiej konkurencji zmuszony jest do ostatecznej oszczędności, tym bardziej że większa głębokość szachtów Jean-Barta zwiększa już sama przez się koszta eksploatacji, czego nie wyrównuje wcale większa miąższość35 pokładów. Przyznawał się do tego, że nigdy by nie był w czasie ostatniego strajku podwyższył płac, gdyby nie był zmuszony pójść w ślad Montsou z obawy, że nie dostanie robotnika. Przedstawił im, że nic mądrego nie uczynią, zmuszając go do sprzedania kopalni, gdyż wówczas pójdą pod straszliwe jarzmo Kompanii. On jest prywatnym przedsiębiorcą, nie owym tajemniczym, chciwym krwi bożkiem, to jest Kompanią, która opłaca swych dyrektorów, by zdzierali skórę z robotników. Jako chlebodawca ryzykuje swój majątek, oddaje swe zdolności, naraża swe zdrowie i życie. Zatrzymanie pracy byłoby dlań ruiną, gdyż nie ma zapasów, a obstalunki wykonać musi. Przy tym kapitał utopiony w kopalni leżeć martwo nie może, bo w takim razie jakże by zapłacił procenty od sum, które mu pożyczono, jakże by wywiązał się ze swych zobowiązań? Byłaby to ruina zupełna.
— Tak, moi drodzy — konkludował — chciałem was przekonać, dlatego szczerze i otwarcie powiedziałem wszystko. Przecież od człowieka wymagać nie można, by popełnił samobójstwo? A czy wam dam owe pięć centimów, czy zgodzę się na strajk, to wszystko jedno. Jedno i drugie równa się dla mnie ostatecznej klęsce.
Zamilkł. Szmer głuchy przebiegł tłum. Część robotników poczęła się wahać. Kilkudziesięciu skierowało się ku otworowi zjazdu.
— Przynajmniej — rzekł dozorca — ci, co chcą pracować, powinni mieć swobodę pracowania. Kto chce podjąć pracę?
Jedna z pierwszych wystąpiła Katarzyna. Ale Chaval szarpnął ją za rękę, odrzucił wstecz i wrzasnął:
— Wszyscy jesteśmy solidarni! Szubrawcy tylko opuszczają towarzyszy!
I znowu porozumienie było niemożliwe. Zakotłowało znowu. Chętnych do podjęcia pracy odepchnięto w tył i przygnieciono ciężarem kilkuset ciał do muru hali zjazdowej. Przez chwilę jeszcze próbował zrozpaczony Deneulin walczyć i siłą zmusić do posłuchu, ale wnet spostrzegł, że to do niczego me doprowadzi, i cofnął się. Przez chwilę siedział wyczerpany, półprzytomny na stołku kontrolera, czując tylko niemoc swoją. Wreszcie uspokoił się na tyle, że kazał jednemu z dozorców zawezwać Chavala. Gdy się zjawił, ruchem ręki odprawił świadków.
Miał zamiar wybadać, co tkwi w Chavalu, i po pierwszych słowach poznał, że ma do czynienia z człowiekiem zarozumiałym i pełnym zawiści. Począł więc zaraz od pochlebstwa. Udał wielkie zdziwienie, że robotnik tak zdolny jak on jest zarazem na tyle nierozważny, by sobie psuć karierę. Dał mu do zrozumienia, że od dawna zwrócił nań uwagę w zamiarze udzielenia mu szybkiego awansu i zakończył wprost ofiarowaniem mu miejsca nadzorcy. Chaval słuchał w milczeniu zrazu ze ściśniętymi pięściami, ale w miarę jak słuchał, począł się zamyślać. W głowie mu huczało. Jeśli będzie upierał się dalej przy strajku, nie zostanie nigdy niczym więcej jak narzędziem w rękach wpływowego Stefana, gdy tutaj otwierała mu się możliwość wstąpienia w szeregi przełożonych. Krew mu uderzyła do głowy, był oszołomiony. W dodatku widać, że banda strajkujących już nie przyjdzie, zaskoczyło ich coś, pewnie zatrzymali ich żandarmi. Był czas najwyższy poddać się. Ale nie przestał potrząsać głową, bić się ostentacyjnie w piersi. Wreszcie wyszedł, przyrzekłszy Deneulinowi, że uspokoi towarzyszy i namówi do podjęcia pracy. O schadzce wyznaczonej przez siebie górnikom z Montsou nie wspomniał.
Deneulin pozostał w pokoju kontrolera, dozorcy odsunęli się też na bok, a Chaval wylazł na wózek i przez całą godzinę przemawiał. Część robotników wygwizdała go, stu osiemdziesięciu, trwając przy postanowieniu, do którego ich doprowadził sam Chaval, odeszło z pogróżkami. Już była siódma, dzień wstał jasny, choć bardzo mroźny. Nagle Deneulin posłyszał codzienny szmer kopalni, przerwaną pracę podjęto na nowo. Pierwsza ruszyła dźwignia maszyny, a z nią liny poczęły się zwijać na bębny. Potem zabrzmiały sygnały, klatki napełniły się, znikły pod ziemią, wróciły puste, kopalnia poczęła pożerać swą codzienną rację hajerów i przesuwaczy, a chłopcy zadudnili wózkami o żelazną podłogę hali.
— Do licha, na cóż czekasz? — krzyknął Chaval na Katarzynę oczekującą swej kolei. — Dalej, rusz się, próżniaczko!