Gdy o dziesiątej zajechała pani Hennebeau z Cecylką, zastała panny Deneulin ubrane bardzo elegancko, tak że nikt by nie powiedział, iż suknie ich przerobione już były ze dwadzieścia razy. Deneulin zdziwił się, widząc Négrela towarzyszącego konno powozowi. A więc w wycieczce brali też udział panowie? Pani Hennebeau oświadczyła na to z macierzyńskim uśmiechem, że przeraziła ją wieść, iż drogi pełne są dziwnych jakichś figur, więc zdecydowała się wziąć sobie obrońcę do boku. Négrel uspokajał damy, że nie ma co bać się pogróżek awanturników robiących tylko hałas, którzy nie śmieliby jednak rzucić w szybę kamieniem. Deneulin był bardzo zadowolony z odniesionego zwycięstwa i opowiadał o stłumieniu strajku w swej kopalni. Był teraz zupełnie spokojny o przyszłość. W powozie toczyła się rozmowa o przecudnej pogodzie i nikt nie przeczuwał, że z oddali nadciągała już burza, że szedł tłum, którego kroki słyszeć by można już było stąd przyłożywszy ucho do ziemi.
— Więc postanowione? — mówiła pani Hennebeau. — Wieczorem zjawisz się pan po córki i zjesz z nami obiad... pani Gregoire obiecała mi też przyjechać po Cecylkę.
— Proszę liczyć na mnie — odparł Deneulin.
Kareta odjechała w kierunku Vandame. Łucja i Janka wychyliły się jeszcze przez okno, by uśmiechem pożegnać stojącego na drodze ojca, a Négrel ruszył szarmancko za karetą.
Minęli las i skierowali się na drogę wiodącą z Vandame do Marchiennes. Gdy zbliżali się do Tartaretu, spytała Janka pani Hennebeau, czy zna Côte-Verte, a ta wyznała, że nie, mimo że mieszka już od pięciu lat w tej okolicy. Zboczono więc. Tartaret leżało na skraju lasu. Był to szmat ziemi pokryty żużlem, nie nadający się pod uprawę, pod którym paliła się już od stuleci kopalnia węgla. Początek ognia sięgał czasów bardzo dawnych. Górnicy opowiadali, że ogień z nieba spadł na tę podziemną Sodomę, gdzie przesuwaczki oddawały się najokropniejszym występkom. Nie miały czasu uciec i do dziś dnia goreją w tym piekle.
Czerwone zwapniałe skały pokryte były jakby porostem kryształkami ałunu36, a ze szczelin wydobywały się pary siarki. Śmiałkowie, którzy ośmielili się spojrzeć w nocy w te otwory, przysięgali, że widzą płomienie i dusze potępieńców smażące się w strasznym podziemnym żarze. Ogniki miały tam tańczyć i z ziemi podnosić się gorące opary, a wszystko to były piekielne wyziewy.
I o dziwo, pośrodku tego osławionego szmatu ziemi leżało Côte-Verte. Nie więdła tam ni latem, ni zimą trawa, odnawiały się bez przerwy liście na bukach, a pola dawały trzy zbiory rocznie. Była to naturalna cieplarnia ogrzewana podziemnym ogniem. Nigdy nie było tam śniegu. Bezkarnie, wśród mrozu tego grudniowego dnia zieleniły się krzewy tuż obok bezlistnego lasu.
Powóz skręcił niebawem znowu na gościniec. Négrel naśmiewał się z legendy i objaśniał, że ogień w głębi kopalni powstaje zazwyczaj skutkiem fermentacji miału węglowego i gdy się go nie może opanować, trwa bez końca. Wymienił nawet jedną kopalnię w Belgii, dla ugaszenia której musiano zmienić koryto rzeki i spuścić wodę w głąb. Ale niebawem Négrel zamilkł. Powóz mijał coraz to częściej liczne grupy robotników. Szli, niechętnymi spojrzeniami obrzucając zbytkowny pojazd, przed którym schodzić musieli na bok. Coraz ich było więcej, a na mostku rzuconym przez Skarpę konie musiały iść stępa. Cóż wygnało tych ludzi na drogę? Damy poczęły się bać, a Négrel zwąchał, że w całej okolicy zanosi się na rozruchy. Odetchnęli wszyscy przybywszy do Marchiennes. Piece pierścieniowe podobne do wież i koksowe baterie wyrzucały z siebie wstęgi dymu, tak że rozpylona sadza napełniała powietrze, chmurą czarną unosiła się wysoko nad ziemią aż do wyżyn, gdzie nikła jakby wessana przez słońce.
II
W kopalni Jean-Bart Katarzyna woziła węgiel już od godziny. Pot spływał jej z czoła tak, że co chwila musiała stawać, by obetrzeć sobie twarz.