Chaval łamiący wraz z towarzyszami węgiel w oddalonej sztolni zdziwił się, że nie słyszy turkotu wózka. Lampy paliły się licho, pył węglowy ćmił wzrok.

— Cóż tam? — krzyknął.

Odpowiedziała mu, że ginie z gorąca i nie może pracować z powodu bicia serca.

Na to odkrzyknął rozwścieczony:

— To zdejm jak my koszulę!

Pracowali w głębokości 700 metrów, w północnej części kopalni, pierwszej sztolni pokładu Désirée oddalonego o trzy kilometry od szachtu zjazdowego. Górnicy mówiąc o tej miejscowości bledli i zniżali głos, jakby mówili o piekle. Milkli zazwyczaj i kiwali tylko głowami. Im dalej na północ, tym bardziej zbliżały się chodniki do gorącego Tartaretu, którego żar na powierzchni ziemi jeszcze wypalał skały na wapno. Sztolnia w tym miejscu, gdzie właśnie pracowano, miała temperaturę średnią 45°. Znajdowano się w sąsiedztwie ogniska, o którym opowiadano baśni straszliwe.

Katarzyna, pracująca już bez kaftana, po chwili wahania zdjęła także spodnie i w samej koszuli, przewiązanej jedynie tasiemką jak bluza, poczęła na nowo toczyć wózek.

— Tak może będzie mi lepiej! — powiedziała głośno.

Prócz dławiącego gorąca prześladował ją jeszcze strach. Od pięciu dni, to jest od czasu, kiedy tu pracowała, rozmyślała bezustannie o historiach zasłyszanych w dzieciństwie. Rozmyślała o karze występnych przesuwaczek w Tartarecie. Za duża była już, by wierzyć tym baśniom. Ale cóż by zrobiła, gdyby nagle ukazała jej się w szczelinie skalnej taka płomienista dziewczyna? Myśl ta ścinała jej krew w żyłach i zlewała całe ciało potem.

W odległości dwudziestu czterech metrów od sztolni luzowała ją inna przesuwaczka i przesuwała wózek o taką samą odległość dalej aż do pochylni, gdzie zbierały się wózki z różnych chodników i staczały w dół.